15.04.2012
niedziela

Alicja do śpiewania

15 kwietnia 2012, niedziela,

Próbowałam – jak ogrodnicy , którzy przemalowywali róże na czerwono. Próbowałam nadążyć za nowymi pasjami Maćka i czytać z nim coś o smokach, o piłce nożnej, ale nie szło. On sam już czyta sobie grube powieści o elfach i demonach, które mnie w ogóle nie interesują. Zaczęliśmy się z naszymi lekturami mijać, pomyślałam nawet, że może to już koniec naszej wspólnej przygody. Aż pewnego dnia wzięliśmy z półki „Alicję w krainie czarów” w przekładzie Antoniego Marianowicza z ilustracjami Olgi Siemaszko i wróciła radość.

Najpierw zorientowałam się, że czytając naśladuję głos Magdaleny Zawadzkiej ze słynnego słuchowiska, które pamiętam z dzieciństwa. Potem znalazłam gdzieś kasetę. Słuchali obaj chłopcy, Michaś podskakiwał z okrzykami „gra, gra…”, Maciek, jak to Maciek skrupulatny zaraz odnalazł wszystkie skróty i zmiany. – Książka jest najfajniejsza – docenił. – Może to wcale nie był sen? Może to naprawdę się jej przydarzyło? – zapytał z nadzieją na końcu. A przede wszystkim odkrył przyjemność języka. „Alicja” jest wspaniałym wprowadzeniem w literaturę. Sprawia, że słyszymy i widzimy słowa. Pamiętacie piosenkę w kształcie kociego ogona?

Słowa okazują się wieloznaczne, cały czas toczy się gra między słowem a znaczeniem. Okonie, Oko? Nie. – Nie wiedziałem, że zabijam czas – zadziwił się Maciek, kiedy na podwieczorku u Szaraka okazało się, że czas nie znosi, żeby go zabijano. „Najważniejsza rzecz to pory roku… – Skoro już mowa o toporach – przerwała Księżna – to zetnij jej natychmiast głowę!”. Aż dochodzimy do pytania o sens i znaczenie, kiedy biały królik odczytuje list w sprawie oskarżonego Waleta Kier.
„Mówiono mi, żeś u niej trzykroć
Powiedział jemu, że
Choć im to wielką sprawia przykrość
Niestety pływam źle”
-”Przecież w tym nie ma ani odrobiny sensu” – mówi Alicja. A dalej razem razem z królem dokonują cudownej analizy tego tekstu „bez sensu”. W „Alicji” widzimy, jak działają mechanizmy języka i snu. Te wszystkie zaskakujące sąsiedztwa i spostrzeżenia Alicji. Kiedy próbuje sobie przypomnieć znany tekst – piosenka układa się w coś zupełnie nowego. A ten list zachęca, żeby zajrzeć pod podszewkę słów, co tam się kryje? Może to być parodia doszukiwania się znaczeń na siłę, ale jednocześnie okazuje się, że sens nie jest konieczny, czasem wszystko dzieje się pomiędzy słowami, w języku.

Jak byłam mała, najbardziej lubiłam Bisia, niezbyt rozgarniętą jaszczurkę, która nieustannie obrywa za wszystkich. Maciek uwielbia znikającego Kota-Dziwaka. Wszyscy przy czytaniu i pisaniu stosujemy się do genialnej zasady króla: „Zacznij od początku, doczytaj do końca, a potem przerwij”, no i… śpiewamy. Maciek zna już wszystkie teksty, nawet arcytrudny list bez sensu. Nie spodziewałam się nawet w snach, że „Alicja” stanie się naszym domowym śpiewnikiem. Teraz nie ma wyjścia: „Chcesz czy nie chcesz, chcesz czy nie chcesz, bardzo proszę się zastanów…”

15.01.2012
niedziela

Przymusowe lektury

15 stycznia 2012, niedziela,

- Mamo, ja nie lubię czytać na rozkaz. Jak coś muszę przeczytać, to nie mam z tego żadnej przyjemności – narzekanie Maćka powtarza się przy kolejnych lekturach szkolnych. A te lektury są naprawdę świetne:  „Pippi”, „Królowa Śniegu” czy „Opowiadania z Doliny Muminków”. Kiedy myślę o swoich książkach z dzieciństwa, to okazuje się, że raczej nie pamiętam lektur – zostało tylko to, co sobie sama czytałam  (albo czytaliśmy na głos). Omawianie książki w szkole jakoś ją psuło. Rozumiem więc Maćka  i  „Muminki”  (wyjątkowo) przeczytaliśmy na głos. I oboje się zachwyciliśmy tą szkolną lekturą.

Każde opowiadanko jest portretem: Paszczak, Filifionka, znikające dziecko czy tatuś Muminka.  Często używa się postaci z  „Muminków” w literaturze psychologicznej   – znikające dziecko to historia zbyt nieśmiałej,  stłumionej dziewczynki, Paszczak jest odmieńcem, który potrafi zrobić coś wspaniałego dla innych. Historia tatusia Muminka, który ucieka z domu i wyrusza z Hatifnatami w nieznane to opowieść o smudze cienia ( szkoda tylko,  że na przykład mama Muminka nie może tak sobie wyruszyć w poszukiwaniu przygód…). „Cedryk” opowiada o zbytnim przywiązaniu do przedmiotów, a historia Homka to rzecz o  fantazji, która staje się ważniejsza od rzeczywistości i o rodzeństwie.  Homek ma dosyć swojego młodszego braciszka i zmyśla historię, że stało mu się coś strasznego. Sam w to wierzy, a potem tego żałuje. Kiedy Homek był zniecierpliwiony swoim braciszkiem, Maciek kiwał ze zrozumieniem głową.

Najpiękniejsza wydała nam się historia Filifionki. Filifionka mieszkała w domku nad morzem i bała się katastrofy, miała przeczucia, patrzyła z niepokojem w niebo i na chmury, ale kiedy opowiadała o tym Gapsie, ta tylko patrzyła z politowaniem albo mówiła  o praniu chodników. Filifionka nie miała komu opowiedzieć o sobie, swoich lękach i tęsknotach. Tymczasem katastrofa  naprawdę  nastąpiła, trąba powietrzna porwała jej domek pełen bibelotów, a Filifionka wtedy zamiast się przerazić -  poczuła się szczęśliwa!  (na rysunku trąba unosi dom).  Nie musiała się bać, bo to czego się spodziewała, już nadeszło. Wszystko się sprawdziło. Śmiała się teraz z Gapsy i jej troski o chodniki. Była wolna.

„Muminki” dobrze  się czyta wspólnie, bo one  w dużej mierze  mówią o świecie dorosłych.  Co i raz spotkamy też piękne zdania, jakby z innej, dorosłej książki -  takie jak to: „Filifionka stała bez ruchu, zupełnie bez ruchu ściskając porcelanowego kotka i myśląc:  O, ty moja piękna, moja wspaniała katastrofo…”

21.12.2011
środa

Pokolenie WALL-E?

21 grudnia 2011, środa,

Dla moich rówieśników pokoleniowymi filmami były „Gwiezdne Wojny” i  filmy Spielberga:  „ET” czy „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”.  Do dzisiaj trwa wśród znajomych spór o to, ile było części „Gwiezdnych Wojen”: trzy  (według  nas) czy sześć (według naszych dzieci). Kiedy pytam Maćka o jego ulubione filmy  zawsze mówi o tym,  który ostatnio oglądał. Teraz jego ulubionym filmem są „Przygody Tintina” ( znowu Spielberg!) , widział go już trzy razy z kolejnymi członkami rodziny ( niektórzy usnęli) i chętnie zobaczyłby go jeszcze raz. Oprócz Tintina polubił też postać pijaka kapitana, który się stoczył, bo nie mógł sprostać ideałowi, jakim był jego dziadek. Maciek jest perfekcjonistą i kiedy coś mu się nie udaje, wpada w straszną rozpacz. Może spodobała mu się więc przemiana kapitana, który uświadomił  sobie, że nie może się poddawać nawet, jak coś mu nie wychodzi. Trzeba „bić głową w mur”, a nie rozpaczać, że nie jest się ideałem.

Na liście Maćka oprócz nowości powraca zawsze jeden film, który bije na głowę wszystkie inne – „WALL-E”, historia robocika. Mam wrażenie, że to jest prawdziwy film pokoleniowy. Możemy go oglądać na okrągło. Witamy się wydając dźwięki takie, jak WALL- E  i jego ukochana robotka EVA oraz robocik MO. – Uwaga groźne roboty! – krzyczymy w zabawie.

„WALL- E” pokazuje koniec cywilizacji, ludzie musieli uciec z ziemi, zatrutej i zdewastowanej. Zostały na niej tylko roboty sprzątające śmieci, takie jak WALL-E. I to on jest dziedzicem ludzkości – uwielbia stare musicale, zapalniczki, kostki Rubika i marzy o miłości. Ludzie zaś zamienili się w  konsumentów, mieszkają w statku kosmicznym Axiom i  wyglądają jak poduszki (nie używają nóg). Dopiero WALL-E i EVA muszą im przypomnieć,  co to znaczy, że są ludźmi. Maciek chwali się wśród dorosłych wiedzą, że w tym filmie pojawia się zły komputer, tak jak w „Odysei  kosmicznej” (zna na razie pierwszą scenę filmu Kubricka). Jednak w  „WALL-E” to, co najbardziej ludzkie, czyli przede wszystkim uczucia –   przetrwało właśnie dzięki robotom, ludzkim wytworom. Pewnie znowu obejrzymy ten film w Święta i znowu się wzruszymy.

Składamy Wam najlepsze życzenia świąteczne, a teraz specjalnie dla Was kosmiczny taniec  WALL-ego i EVY.  Muzyka:  dowolny musical amerykański. Happy New Year!

 

 

27.11.2011
niedziela

Alojzy kontra Kleks

27 listopada 2011, niedziela,

Kiedy myślę o panu Kleksie – widzę ilustracje Szancera. Nie mieliśmy takiego wydania w domu i zaczęliśmy „Akademię” z jaskrawymi, infantylnymi obrazkami. No i nie dało się tego znieść, psuły całą przyjemność. Przerwaliśmy, aż do czasu, gdy nadeszła przesyłką z trzema częściami Kleksa w jednym tomie z ilustracjami Szancera.

http://www.cenaksiazki.pl/img/Pan-Kleks,44244.jpg

„Akademię” warto czytać z dzieckiem, które już wie,  co to szkoła. – Chciałbym chodzić do takiej akademii – marzył Maciek. Żeby zamiast nielubianej przez niego ortografii była kleksografia. Maciek lubił lusterka senne, szkiełka, pastylki, pompkę powiększającą i wszystkie wynalazki Pana Kleksa, ale najbardziej przejął się, gdy do akcji wkroczył Alojzy Kukuryk. Lalka, którą pan Kleks ożywił, i która przyspiesza koniec tego świata. – Dlaczego pan Kleks pozwala mu wszystko niszczyć? – dziwił się Maciek. Pan Kleks malał  i znikał w oczach, a Alojzy robił, co chciał. Aż przebrała się miarka.
Maciek ulepił kolejne etapy ostatniej rozgrywki Alojzy kontra Kleks.
- Znalazłem sekrety Pan Kleksa- krzyczy Alojzy trzymając w ręku tabliczki z chińskimi napisami.

- Ale nic z tego nie rozumiem, więc je zniszczę!


- Zniszczyłeś moje sekrety, teraz ja zniszczę ciebie, Alojzy – mówi pan Kleks.


Teraz czytamy kolejny tom „Podróże pana Kleksa” i mam wrażenie, że jest coraz ciekawiej. Ilustracje znam na pamięć. Nie mogę się doczekać, kiedy ( już w „Triumfie pana Kleksa”) dotrzemy  do kwiatowych córek pana Lewkonika (wyglądają jak z żurnala), uwielbiałam  je rysować. A pamiętacie okręt strzelający w oko cyklonu? Maciek początkowo narzekał,  że za mało  Szancer narysował kolorowych ilustracji, a za dużo czarno – białych.  Z czasem zaczęły mu się podobać.  Zaczął lepić z plasteliny  fantastyczne stwory. A  kiedy dotarliśmy do podmorskiej Abecjii ulepił wszystkie napotkane morskie stworzenia. A dzisiaj,  już po zgaszeniu światła zaglądał potajemnie do książki, żeby sprawdzić, jak dokładnie wyglądali mieszkańcy Patentonii.

Wspaniale, że „Pan Kleks” się w ogóle nie starzeje. Nie ma pedagogicznego przesłania, nie wychowuje.  „Napisałem tę opowieść, gdyż ogromnie lubię opowieści fantastyczne i pisząc je sam się bawię”. I my też, drogi panie Brzechwo, my również.

7.11.2011
poniedziałek

szatan

Sprytny jak Szatan i odważny jak Tosia

7 listopada 2011, poniedziałek,

- Mamo, nie wiem, czy czytać sobie w łóżku Pippi, czy Tomka. Ale tak naprawdę to bym chciał poczytać, tylko nie obraź się -  atlas grzybów… Przed grzybami był atlas motyli, który Maciek studiował w czasie wakacji.
- O, chodźcie natychmiast! To motyl Didyma! Albo: – Musicie się zatrzymać, to modraszkowaty! – wykrzykiwał w drodze na plażę. Wszyscy zaczęliśmy zwracać uwagę na to, co lata dookoła nas i na ćmy na ścianach. Czytaj całość →

15.10.2011
sobota

Mio i tęsknota

15 października 2011, sobota,

Strasznie zaniedbaliśmy blog, ale to nie znaczy oczywiście, że przestaliśmy czytać. Właśnie skończyliśmy jedną z piękniejszych książek: „Mio, mój Mio” Astrid Lindgren. – Ach, to takie smutne – przypomniała sobie moja koleżanka. Nie pamiętałam tej opowieści chłopca, który ze Sztokholmu trafił do Krainy Dalekiej i tam odnalazł ojca, króla. Już nie nazywał się Bosse i nie był popychadłem, ale stał się królewiczem Mio, a ojciec mówił do niego „Mio, mój Mio”. Dopiero gdy usłyszałam imię „Rycerz Kato”, wróciło do mnie wspomnienie czegoś przerażającego. I leciutkie uczucie strachu towarzyszyło mi każdego wieczora, gdy czytaliśmy  „Mio”. Czytaj całość →

24.07.2011
niedziela

Pochwała niedoskonałości

24 lipca 2011, niedziela,

Okazuje się, że całkiem sporo mamy w Polsce wspaniałej literatury dziecięco – młodzieżowej. Takiej jak choćby „Synteza” Macieja Wojtyszki z 1978 roku, która rozgrywa się w 2059. Kiedy czytałam ją w 1985 ( prezent na gwiazdkę) nie przypuszczałam, że wrócę do niej już w nowym wieku – bliżej przyszłości, którą opisuje Wojtyszko. W 2059 rok świat jest skomputeryzowany i podłączony do sieci, kupuje się wszystko dzięki płytkom kredytowym , ogląda się holowizję, dzwoni videotelefonami i nosi się jednorazowe wdzianka. I co najważniejsze żyje się bardzo długo. Zamiast oddzielnych państw  istnieje wspólnie zarządzana federacja demokratyczna. Czytaj całość →

2.07.2011
sobota

Ballada o kocie

2 lipca 2011, sobota,

Mieliśmy właściwie czytać coś innego, ale przyciągnęła nas okładka z kotkiem wystającym z dżinsowej kieszonki. W ten sposób prosto z wnętrza Ziemi Verne’a trafiliśmy na warszawskie podwórko gdzieś na początku lat 80- tych.  – A czy Gacek istniał naprawdę i był kotem Marka Nowakowskiego? – od razu upewnił się Maciek. Być może. Gacek urodził się nad Wisłą i był najbardziej zabiedzonym kociakiem Siwej. Nigdy nie zdążył się najeść do syta, odpędzało go rodzeństwo i sama matka zniecierpliwiona jego nieporadnością. Był chudy i uszy sterczały mu jak u nietoperza, stąd wzięło się imię Gacek. Gdyby został na wolności  nie wiadomo, co by się z nim stało, dlatego jego przyszły właściciel włożył go do kieszeni i zabrał do mieszkania w bloku. I tak zaczęło się wspólne życie z kotem. Nie była to jednak idylla, bo przecież balkon, odgłosy ulicy, źli ludzie, kuszące ptaki… Czytaj całość →

31.05.2011
wtorek

Pod wulkanem

31 maja 2011, wtorek,

http://www.tenpieknyswiat.pl/fotki/albums/20061231_rozne/wyprawa-do-wnetrza-ziemi-verne.jpg

Kiedy na Islandii znowu zaczął dymić wulkan,  my zeszliśmy do wnętrza Ziemi razem z Juliuszem Vernem. Cóż to jest za wspaniała książka! „Wyprawa do wnętrza Ziemi”  była jedną z moich ulubionych lektur dzieciństwa, ale  zapamiętałam z niej głównie  kapitalne ilustracje Daniela Mroza, które rozpoczynają każdy rozdział. Mróz co prawda zdradza zawczasu tajemnice – już okładka pozwala się domyślić, co Profesor Lindenbrock i jego siostrzeniec Aksel  znaleźli wewnątrz skorupy ziemskiej. W roku 1863 wyruszyli w głąb wulkanu Sneffels śladami szesnastowiecznego badacza Arne Saknussemma. Mróz jednocześnie pobudza wyobraźnię. Maciek był strasznie ciekawy,  co się zdarzy w rozdziale,  który zaczynał się czarną stroną. A Verne wspaniale buduje napięcie – w czasie wyprawy podróżnicy nieustannie ocierają się o śmierć . Właśnie w owym czarnym rozdziale,  kiedy to Aksel zagubił się w podziemnym korytarzu i zbił latarkę, Maciek zawołał zdesperowany – Odwagi,  Akselu! Czytaj całość →

21.04.2011
czwartek

Dzielny jak Tomek

21 kwietnia 2011, czwartek,

http://www.kdc.pl/pub/mm/img/220/187794.jpg

Powoli, powoli szedł nam „Tomek w krainie kangurów” Szklarskiego, w dodatku blog zaniedbaliśmy karygodnie, a wszystko przez bolesne ząbkowanie młodszego synka. Maciek w tym czasie zdążył sam przeczytać kilka kryminałów, m.in  wciągnął się w serię o „Czarnym Maćku” Dariusza Rekosza. Ale co wieczór z nadzieją pytał: – Będzie „Tomek”?  I narysował Tomka, którego boksuje kangur. Czytaj całość →