Próbowałam – jak ogrodnicy , którzy przemalowywali róże na czerwono. Próbowałam nadążyć za nowymi pasjami Maćka i czytać z nim coś o smokach, o piłce nożnej, ale nie szło. On sam już czyta sobie grube powieści o elfach i demonach, które mnie w ogóle nie interesują. Zaczęliśmy się z naszymi lekturami mijać, pomyślałam nawet, że może to już koniec naszej wspólnej przygody. Aż pewnego dnia wzięliśmy z półki „Alicję w krainie czarów” w przekładzie Antoniego Marianowicza z ilustracjami Olgi Siemaszko i wróciła radość.
Najpierw zorientowałam się, że czytając naśladuję głos Magdaleny Zawadzkiej ze słynnego słuchowiska, które pamiętam z dzieciństwa. Potem znalazłam gdzieś kasetę. Słuchali obaj chłopcy, Michaś podskakiwał z okrzykami „gra, gra…”, Maciek, jak to Maciek skrupulatny zaraz odnalazł wszystkie skróty i zmiany. – Książka jest najfajniejsza – docenił. – Może to wcale nie był sen? Może to naprawdę się jej przydarzyło? – zapytał z nadzieją na końcu. A przede wszystkim odkrył przyjemność języka. „Alicja” jest wspaniałym wprowadzeniem w literaturę. Sprawia, że słyszymy i widzimy słowa. Pamiętacie piosenkę w kształcie kociego ogona?
Słowa okazują się wieloznaczne, cały czas toczy się gra między słowem a znaczeniem. Okonie, Oko? Nie. – Nie wiedziałem, że zabijam czas – zadziwił się Maciek, kiedy na podwieczorku u Szaraka okazało się, że czas nie znosi, żeby go zabijano. „Najważniejsza rzecz to pory roku… – Skoro już mowa o toporach – przerwała Księżna – to zetnij jej natychmiast głowę!”. Aż dochodzimy do pytania o sens i znaczenie, kiedy biały królik odczytuje list w sprawie oskarżonego Waleta Kier.
„Mówiono mi, żeś u niej trzykroć
Powiedział jemu, że
Choć im to wielką sprawia przykrość
Niestety pływam źle”
-”Przecież w tym nie ma ani odrobiny sensu” – mówi Alicja. A dalej razem razem z królem dokonują cudownej analizy tego tekstu „bez sensu”. W „Alicji” widzimy, jak działają mechanizmy języka i snu. Te wszystkie zaskakujące sąsiedztwa i spostrzeżenia Alicji. Kiedy próbuje sobie przypomnieć znany tekst – piosenka układa się w coś zupełnie nowego. A ten list zachęca, żeby zajrzeć pod podszewkę słów, co tam się kryje? Może to być parodia doszukiwania się znaczeń na siłę, ale jednocześnie okazuje się, że sens nie jest konieczny, czasem wszystko dzieje się pomiędzy słowami, w języku.
Jak byłam mała, najbardziej lubiłam Bisia, niezbyt rozgarniętą jaszczurkę, która nieustannie obrywa za wszystkich. Maciek uwielbia znikającego Kota-Dziwaka. Wszyscy przy czytaniu i pisaniu stosujemy się do genialnej zasady króla: „Zacznij od początku, doczytaj do końca, a potem przerwij”, no i… śpiewamy. Maciek zna już wszystkie teksty, nawet arcytrudny list bez sensu. Nie spodziewałam się nawet w snach, że „Alicja” stanie się naszym domowym śpiewnikiem. Teraz nie ma wyjścia: „Chcesz czy nie chcesz, chcesz czy nie chcesz, bardzo proszę się zastanów…”










