Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Oczytany - Blog Justyny Sobolewskiej Oczytany - Blog Justyny Sobolewskiej Oczytany - Blog Justyny Sobolewskiej

23.10.2009
piątek

Rikki-tikki-tavi bohater

23 października 2009, piątek,

http://ptmrot.com/KIPLING2/nag1.jpg

– Rikk- tikk- rikki- tikki- czik! – ten okrzyk chodził mi po głowie już od dawna. Wydawał go przed walką dzielny ichneumon, czyli mangusta z opowiadania Rudyarda Kiplinga. To stworzonko – połączenia kota i  łasicy  z ogonem jak „szczotka do butelek” był moim pierwszym dziecinnym bohaterem, wojownikiem. Pokonał bowiem  całą rodzinę kobr w ogrodzie w Indiach i obronił rodzinę chłopca. Zanim pojawili się rycerze, herosi, dzielni żołnierze, był już Rikki-tikki-tavi nieustraszony pogromca węży.

Zaczęło się poszukiwanie.  Opowieść o Rikkim  jest częścią „Księgi Dżungli” , ale pamiętam ją z innej książki, ze zbioru opowiadań o zwierzętach. Był blado – zielony, ze szkicowymi rysunkami. Oczywiście nic takiego nigdzie nie znalazłam. Przed półka z książkami dla dzieci w księgarni ogarniała mnie na przemian złość i smutek. Na widok tego, jak wydaje się dziecięca klasykę. Znalazłam „Księgę dżungli”  w odblaskowych kolorkach z Mowglim – potworkiem jak z  kiepskiej kreskówki. „Tajemniczy ogród”  – lakierowany i różowy, brzydszą okładkę ma tylko „Mała księżniczka”. A przecież w książce dla dzieci okładka i ilustracje są równie ważne jak sama opowieść. Sama rozpoznaję moje dziecinne książki właśnie po obrazkach i okładkach. Poprawiła mi humor wizyta na Allegro, tam znalazłam wydanie z 1955 roku,  na okładce  Rikki z kobrą, ale już było sprzedane ( poniżej niezła okładka audiobooka w wersji angielskiej). Ostatni cień nadziei pokładałam w pudle, w piwnicy rodziców. I tam, wreszcie, znalazłam! Co prawda nie jasnozielone opowiadania, ale stare wydanie „Księgi Dżungli”, zatęchłe, pożółkłe, ale moje i zaczytane.

http://www.audiobooksonline.com/media/Rikki-Tikki-Tavi_Toomai_Elephants_Miracle_Purun_Bhagat_Quiquern_White%20Seal_Rudyard_Kipling_CDs.jpg

– Czy Rikki naprawdę istniał? – takie było pierwsze pytanie Maćka. – Skąd wiemy, co myślał? Najpierw Maciek był podekscytowany, że będziemy czytać opowieść o walce, a po czytaniu  był podekscytowany  pieśniami bojowymi i rytmem, i najchętniej wstałby natychmiast do działania, a nie usypiał.  Moje wydanie z 1971 roku jest w dość archaicznym tłumaczeniu Józefa Birkenmajera, miejscami je uwspółcześniałam, żeby nie tłumaczyć na przykład co znaczy „chwierutać” (rzucać w te i we wte, jak rozumiem). Ale z drugiej strony to tłumaczenie świetnie podkreśla patos, choćby wtedy,  kiedy zaprzyjaźniony ptaszek myśli, że Rikki poległ i śpiewa mu piękny tren żałobny ( co prawda Rikki nazywa w innym miejscu „durnym kłębkiem pierza”). Oddaje tez rytm okrzyków Rikkiego: „Zyg ! Zyg! Zyg! … Rikk- tikk – tikk! Chłopak zdrów i żyw!”, albo wężego, hipnotyzującego syczenia: „Pytasz, kto to Nag? – zasyczał – Ow-sz- szem, to ja nim jes -s- tem.  (…) Patrz – i drżyj…bom s-strasz-szny!”. I rozpostarł kaptur. Maciek w napięciu słuchał o podstępnych kobrach Nagu i jego żonie Nagainie, którzy planowali załatwić całą ludzka rodzinę, a potem ichneumona. I o kolejnych, mrożących krew w żyłach starciach.  –  Mamo, Nag to tak, jak by był nagi – skojarzył Maciek następnego dnia przy śniadaniu.

A mi przypominało się moje uniesienie, ze takie małe, futerkowe zwierzątko, prawie kotek rozprawia się z wężami. Zresztą węże ( to mi zostało) szczególnie mnie frapowały. W dzieciństwie  byłam wzruszona, że Rikki ocalił chłopca, a teraz, ku mojemu zaskoczeniu, zrobiło mi się szkoda Nagainy, która bezskutecznie broniła swoich jajek z małymi kobrzątkami i straciła wszystko. Zmienił mi się punkt widzenia. Nawet nie chodzi o to, ile czasu upłynęło. Po prostu od kiedy Maciek jest na świecie, sprawy matczyno – dziecięce obchodzą mnie bardziej. Nawet, jeśli dotyczą rodu kobr – okularników.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 9

Dodaj komentarz »
  1. Pani Justyno
    Muszę się Pani do czegoś przyznać co mi ciąży mimo upływu czasu. Na początku 90 – tych lat pracowałem w dużej firmie dystrybującej książki na obszarze zachodniej Polski. Odpowiadałem za kontakty z wydawcami i zaopatrzenie firmy w nowości. Niestety firma zasypypywała rynek książkami dla dzieci w ohydnych, infantylnych okładkach i z tragicznymi ilustracjami. Co prawda nie odpowiadałem za literaturę dziecięcą ale czasem musiałem (z niechęcią) coś zamówić. Teraz zajmuję zupełnie czymś innym, ale gdy patrzę na piernikowe domostwa, krasnale gipsowe i inne dołujące koszmary wokół mnie mam wyrzuty, że wówczas dołożyłem się do tego. Przecież te tony fatalnie ilustrowanych książek kształtowały bezguście. No ale tylko takie książki ludzie chcieli kupować. Przykro mi z tego powodu.
    A „Rikki-tikki-tavi” czytałem w dzieciństwie – pamiętam, że książka zrobiła na mnie wrażenie.
    Pozdrawiam serdecznie i gratuluję bardzo dobrych tekstów
    Pozdrawiam

  2. Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że ludzie chcieli kupować kiczowato ilustrowane książki – wydaje mi się, że kupowali je dlatego, że innych nie było, więc to raczej wina wydawców, a nie czytelników. W latach 90. moje dzieci były już duże, więc nie kupowałam bajek, ale pamiętam koszmarne okładki książek dla dorosłych.
    Jak widać, problem istnieje nadal – wybór, to albo nie kupić i pozbawić dziecko poznania ważnej lektury, albo kupić szkaradzieństwo, bo nie każdy ma szczęście posiadania starych wydawnictw w kartonach w piwnicy lub na strychu. Ja mam dwie młodsze siostry, więc z dzieciństwa żadnych książek – jeśli coś się uchowało, to u którejś z nich. Zostało trochę po moich dzieciach, ale też niewiele, bo przekazywaliśmy młodszym w rodzinie.

  3. Kartko z podróży, Also – dziękuję za komentarz. Rzeczywiście to jakoś w latach 90 – tych pojawił się zalew tandety. Może dlatego, że zmienił się gwałtownie rynek wydawniczy i powstały dziesiątki wydawnictw, którym nie zależało na jakości tylko na ilości. I estetyka disneyowska nie miała konkurencji. Teraz , oprócz tej nieszczęsnej klasyki, z podziwem patrzę na książki wydawane przez wydawnictwa, które dbają o szatę graficzną. Wytwórnia, Hokus Pokus, Dwie siostry, ale też Znak, Nasza Księgarnia ( ma tradycję) starają się nie psuć dzieciom gustu:)

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Pamietam, że mangusta była bohaterką jednego z opowiadań o Sherlocku Holmesie – żadne tam milutkie kotkowate zwierzątko, tylko orientalny okrutnik-morderca 🙂

  6. Ja byłam wielbicielką Rikki-Tikki-Tavi. Moje dzieci jeszcze nie. A czy czytaliście już „Takie sobie bajeczki”?

  7. jeszcze nie, czy to też Kipling?

  8. A ja sie nie zgodze…

  9. Ale jak to konkretnie wygląda??