Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Oczytany - Blog Justyny Sobolewskiej Oczytany - Blog Justyny Sobolewskiej Oczytany - Blog Justyny Sobolewskiej

30.10.2009
piątek

Jak miło jest znać Pana Leara

30 października 2009, piątek,

http://www.otopr.pl/ai/6877/0/2
Czarne kartki, białe litery, kreska Bohdana Butenki i nic się nie zmieniło, Edward Lear działa jak dawniej. Drzewo Babel kilka lat temu wznowiło „Donga co ma świecący nos” Edwarda Leara w identycznej szacie graficznej jak wydanie sprzed lat, które wyciągnęłam z piwnicznego pudła. Ta czarna książeczka jest być może w ogóle najciekawszym wydaniem na świecie, tak idealnie rysunki Butenki dopełniają tekst Leara.

– Przeczytaj jeszcze raz o panu Learze – prosił Maciek kolejnego wieczora. Bardzo mu się podobało, że twarz ma „mniej więcej paskudną”,  i palców coś z dziesięć /niedużo”. Figurę  jak globus, czy namiot i kota Fossa. I jeszcze raz, i jeszcze, a ja chciałam już o Dżamblach, które lubiłam w dzieciństwie. „Zielone głowy mają , niebieskie ręce maja i po morzu pływają w sicie”. Bardzo mnie wzruszały te malutkie Dżamble , kiedy woda nalała się do sita „swe nóżki okryli bibułką różową / Zapiętą na śliczna szpileczkę”. I niósł ich żagielek zielony. Rytm tej ballady o Dżablach rozkołysał też i Macka, i po chwili razem podśpiewywaliśmy na bliżej nieokreślona nutę: „Dalekie są kraje i bliskie są kraje, gdzie Dżamble pędzą życie…” .

Każdy w wierszyków odsłania niesłychane bogactwo języka: przysłówki, partykuły, przyimki układają się w cudowne, mniej lub bardziej absurdalne ciągi, które czasem imitują pewien sposób pisania. I tak każda z tych opowieści jest utrzymana w innym rytmie i stylu. Dżamble brzmią jak ballada o dzielnych żeglarzach, „Dong co ma świecący nos” o opowieść o romantycznym bohaterze, nieszczęśliwie zakochanym w jednej Dżambli. Przy „Akondzie ze Skwak”  Maciek się zaniepokoił, że to o nim. – Też nie lubię, kiedy mnie strzygą, ale nie jestem żaden  Akond!. Ale w pełni zidentyfikował się ze zwierzątkiem „Takie Coś”, które jest „ani to, ni sio”. Od tej pory mówi o sobie chowając się pod kołdrę: – Jestem zwierzątko domowe Maciolini, ni ptak, ni ssak, ni owad, ni to, ni sio.

Z dorosłej perspektywy widać całą melancholię absurdalnego humoru Leara. „Już czas jego minie niebawem”, czytamy w wierszyku „Jak miło jest znać pana Leara”. Z całej zaś książeczki czytanej kiedyś najbardziej utkwił mi w pamięci pewien pan z limeryku, który „zwykł układać swą głowę w poprzek szyn ważnej stacji węzłowej”. Głowa była wielka, a pociąg malutki, ale i tak ten obraz bardzo mnie poruszał.  Czy nic się tej głowie nie stanie? Niestety, z limerykami ponieśliśmy klęskę na całej linii. Nasz wierszyk zaczynał się „Raz pewien Maciuś w Warszawie”… i dalej nie szło, kompletnie, ani tak, ani siak. Może ktoś nam pomoże?

http://a7.vox.com/6a00ccff930f92d75600e398b3c3270005-320pi

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 11

Dodaj komentarz »
  1. nie znam,ale wzmianka o kresce B.Butenki przypomnialy mi przez niego

    „kreskowane”-„i ty zostaniesz indianinem” Woroszylskigo oraz Niziurskiego

    „niewiarygodne przygody marka piegusa”

    tutaj

    dorobek okladek p.Butenki.

    rewelacja!!!

  2. Że też ja zapomniałam o Dongu, zapisuję do przeczytania w domu z Mary.

  3. Raz pewien Maciuś w Warszawie
    Tygrysa ujrzał na trawie.
    A prawda w sumie jest taka,
    Że on zobaczył kociaka,
    Lecz tygrys – brzmi bardziej ciekawie 😀

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. I ocywiście, ze piknie jest znać Pona Leara! Tym bardziej, ze przecie w jego limerykak jest jeden polski akcent – o ponu w Łowiczu. Ino piknie pytom, niek nifto nie odziero mnie z piknego złudzenia, ze w oryginale był pewnie nie Łowicz, ino jakosi inkso miejscowość. Dlo mnie w oryginale tyz musioł być Łowicz i ślus! 😀

  6. Kiedyś nabyłam to czarne wydanie i cieszę się nim do dzisiaj! Bardzo dobrze jest znać Pana Leara 🙂

  7. Raz pewien Maciek w Warszawie
    zobaczyl robota w stawie
    mysląc, że to znajomy
    zrobił zreczne ukłony
    czym poruszył robota prawie

  8. Raz pewien Maciuś w Warszawie
    O Dżamblach czytał na trawie
    Aż nagle, jak nie podskoczy
    Zobaczył czerwone oczy
    A to maki słuchały ciekawie. 😯

  9. Chce Pani zabawy w Pana Leara? Juz sluze. Pierwsza Ksiega (zadna nastepna na szczescie nie powstala) poematu epickiego Pan Chudeusz sama sie pisala przez kilka godzin na Blogu Bobika z udzialem pieciu lub szesciu wspolautorow z ktprych kazdy dopisywal po wersie, dwu wersach albo czterech. Zabralo to ze cztery godziny tworczego stukania w kalwiature, ale kazdy przyzna, ze powstalo dzielo, ze mucha nie siada.
    Nie jeast to wprawdzie poemat dla dzieci, a nie i wszystkich doroslych, ale mam nadzieje, ze wszystkie learowskie kryteria spelnia nalezycie.

    Pan Chudeusz

    Poszła Zosia do ogrodu,
    kupa była tam narodu.
    Stali i wąchali kwiatki,
    poprawiając przy tym gatki.
    bo widzieli u sąsiadki
    jak się robi to bez wpadki.
    Był w tej ciżbie pewien młodzian,
    skąpo odzian syn powodzian,
    wdzięku tyyyyle z sex-appealem
    miał, choć był zaledwie szczylem.
    Kiedy spojrzał w oczy Zosi
    rzekł: o nic nie będę prosił,
    niech się Zosia wypcha sianem,
    inną będę miał nad ranem.
    W siana stogu, albo w szopie
    Zosię w stawie zaś utopię,
    bo nad wyraz jest szkaradna.
    Siła mnie nie wstrzyma żadna,
    wolę w stawie pieścić żaby
    niż się tykać takiej baby!
    Jest to najzupełniej pewne:
    Rano będę miał królewnę
    z żabim udkiem i z płetwami.
    A jak Zosia z ułanami
    chce się zadać, kij jej w bary –
    mam po uszy tej poczwary!
    Stała sie rzecz niespodziana:
    Zosia nie chce wrecz młodziana –
    Jest zajęta nieprzytomnie,
    Bo studiuje astronomię,
    łez nie roni, nie jest w stanie,
    zna swą wartość mocium-panie
    zna pochodne i granice
    nieskończoność i księżyce.
    Młodzian duma- jam nie skory
    wdawac w takie się amory,
    bym dostawał miast całusów
    nędzną garstkę cumulusów!
    Na to Zosia- “głupiś srodze!
    Ja ku Mlecznej patrzę Drodze,
    gdzie planety wprost szaleją
    i słoneczne wiatry wieją.”
    “Na cóż ci słoneczne wiatry?
    Czyż tak mało jestem warty?
    Porzuć te niebieskie ciała
    poczuj, jak mi dusza pała
    chęcią ciebie przytulenia
    a jak da się – zniewolenia?.”
    Zosia śmiać się tu zaczyna:
    pałać może dzięcielina!
    Bredzisz jak bez piątej klepki –
    w duszy twoje mam zaczepki!?
    Powiedziała, co wiedziała
    ironicznie nań spojrzała,
    miotlę wziela i do dzieła –
    trzy hektary już sprzątnęła,
    różniczkując przy tym całki,
    aż bolały oczne gałki.
    Potem na tę miotłę wsiadła,
    mówiąc: „klamka już zapadła!
    Odlatuję za granicę,
    choć pisali w „Polityce”,
    żeby zostać. A ja czniam to,
    chcę zobaczyć to i tamto,
    użyć sobie jak pies w studni!
    Może mnie tam kto zatrudni?”
    Młodzian, mając Zosię z głowy,
    Znowu w stawie wszczął połowy.
    „-Czapkę sprzedam, pas zastawię,
    lecz królewnę złowię w stawie !!
    Jest to bowiem bardziej pewne,
    by na kryzys mieć królewnę!
    Ma koronę i brylanty
    i nie grożą żadne kanty”.
    Nagle w dłoniach trzymał żabkę
    niezbyt dobrą na obłapkę,
    była bowiem bardzo chuda,
    nie królewna! Barrakuda!!
    Tu Zosine serce czułe,
    cholesterolowym mułem
    otoczone jak kokonem,
    innym słowem otłuszczone,
    STOP – krzyknęło i stanęło,
    w dziwny kabłąk się wygięło,
    znów ruszyło, choć ospale,
    ale potem, w jętyszale
    zaiskrzyło, zazgrzytało,
    zaśpiewało arię całą
    i pół drugiej, by po chwili
    znów tłuszczykiem się posilić.
    Obserwując te zdarzenia
    Pan Chudeusz zbladł, zzieleniał
    i krzyknąwszy „ach! niestety!”
    udał się do toalety,
    z której wyszedł na czworakach
    i chwilowo dał drapaka.
    Niezbyt chlubna była rola
    w sprawie tej Cholesterola –
    siedział z boku typ ten brzydki
    ciągnąc tu i tam za nitki,
    zachęcając, by jeść frytki
    i figurę mieć lolitki
    bohaterów robiąc w konia,
    albo w kota? Któż by poniał.
    Zanim Kota im pogoni
    wpierwej musi ze swej skroni
    wyjąć kolec, haczyk, żyłkę
    co je włożył przez pomyłkę,
    na dodatek tam gdzie nie trza.
    A z powietrza patrzy Zosia:
    kto te wątki tutaj posiał?
    Kto tu burdel robi taki,
    że się przewracają flaki?
    Ja tu sprzątać ciągle muszę!
    Co się dzieje z Chudeuszem?
    Czego on w tych stawach szuka?
    W czoło trzeba go popukać!
    W takich czasach żaby łowić?
    On się winien zastanowić!
    Kryzys ciągle się rozszerza,
    to już lepiej siąść na jeża,
    niż flirtować z tym palantem.
    Ja go jednak puszczę kantem,
    bo to jest zwyczajne prosię,
    jakich mało jest w kosmosie.
    Ja mam konto, dywidendy,
    zbiję duży szmal w te pędy,
    jak w Irlandii popracuję.
    Nie przejmuję się tym zbójem!
    Daję w prasie ogłoszenie,
    kto odpowie:”ja się żenię”
    zyska moją wkrótce rękę,
    mego Taty zaś podziękę.
    Albo zacznę nowe życie,
    bo mnie jakoś ciągnie skrycie
    świetny zawód: striptiserka
    (choć magistra mam w papierkach).
    Niech Chudeusz chodzi struty,
    że do stawu szedł na ksiuty –
    ja odsłonię wdzięki w pubie,
    konkurencję robiąc żabie!
    Końcem tym zwieńczyła dzieło,
    Chudeusza za to wzięło
    by do pubu wpaść na piwo.
    Szło mu się tam nieco krzywo
    bo przed piwem, nad jeziorem
    trunki lizał swym jęzorem.
    No a w pubie – Zosia gnie się
    i się mizdrzy przed kolesiem,
    który jej banknotów wiązkę
    właśnie wsuwa za podwiązkę.
    Chudeusza lekceważy,
    choć on trochę się rozmarzył,
    myśląc przy tym bez ogródek:
    „chrzanię ja tę Barrakudę,
    niechby w czarną dziurę wpadła,
    milsza mi jest porcja sadła!”
    O życiowych Zosi planach
    zawiadomiono ułana,
    więc się przestał gzić po krzakach,
    wskoczył szybko na rumaka,
    by nie stracić przedstawienia
    (wdzięki Zosi on doceniał!)
    i zaledwie po godzinie
    siedział w pubie już w Dublinie,
    gdzie się działa akcja cała.
    Zań ten rumak, to był wałach,
    w przeciwieństwie do ułana,
    który wszystkie miał organa.
    Pub dubliński, jak wieść mruczy
    od plot świata cały huczy,
    co w Afryce, co tam w Chile
    wie wsza gawiedz już za chwilę.
    Zatem dziwić to nie może,
    że przed pubem, już w oborze
    na ułana czeka z wódką
    Zosia mini mająć krótką
    i powiada, nim do środka
    wejdziesz, czeka cię robotka
    musisz swe ubłocić łapki
    i mi przynieść cztery żabki.
    “Spoko, spoko” – ułan na to.
    “Ty się lepiej zajmij chatą,
    masz ją cudnie przysposobić,
    a ja entree muszę zrobić.”
    Gdy do pubu ułan wchodził,
    to ogólny wzbudził podziw,
    bo nie użył wprawdzie mydła,
    lecz pożyczył sobie skrzydła
    od husarza i z łopotem,
    krzycząc „hu-ha! Bij hołotę!”
    „Bronić będziem ojców mowy!”
    zrobił happening narodowy
    i bojowe trącił struny.
    Rozczuliły się kołtuny,
    co na sali w pewnej masie
    gdzieś tam stały przy szynkwasie
    i wpatrując się w ułana
    z hukiem padły na kolana.
    Tu się Zosia już wpieniła,
    „Na mnie jedną złego siła!
    Show mi ukradł ten dziadyga,
    i od żabek coś się miga!”
    Do ułana Zosia bieży,
    lu go w pysk, że zaraz leży:
    „Któż artystą w tym lokalu?
    Chyba ja, nie ty, kapralu!
    Za swój tytuł magisterski
    dałam cenny dywan perski,
    pięć tysięcy, coś w naturze,
    a dziś tańczyć chcę na rurze
    i to moje święte prawo!
    Chcesz je zepsuć swą postawą?
    O, niedoczekanie twoje!
    Choćby niedźwiedź, to dostoję!”
    Nagle chudy przetarł oczy:
    „Człowiek zawsze coś przeoczy?!
    Jeśli Zosia jest magistrem,
    Może tu jest winien system?
    A ja winię ją o wszystko?
    Że jest gruba,że artystką?
    Ułan typ to niebezpieczny
    Ma on pałasz obosieczny!
    Usiec mnie w co może cichcem
    Albo Zosię porwać żywcem.
    Trza się w sytuację wstrzelić,
    z rodakami się podzielić!”
    Wnet skrzyknęli się sarmaci:
    Zosia jest dla panów braci!
    Dublin , Cork, czy inna wiocha,
    tylko dla nas tańczy Zocha!
    Tu się wściekli Irlandczycy:
    „A my co? Nie katolicy?!
    Nie z Europy? Czy niegodni?
    Chcą nas tu pozbawić spodni!
    Odciąć od gołego cyca
    kreską grubą jak granica!
    O, nie będzie na to zgody,
    wszak nie mamy w żyłach wody,
    lecz – od grobu do kołyski –
    czysty nurt irlandzkiej whisky!”
    Już Irlandczyk na Sarmatę
    grubym się zamierza batem,
    inny mu podstawia nóżkę,
    obierając przy tym gruszkę,
    trzeci, zanim słowo powie,
    pałkę strzaska mu na głowie,
    a gdzieś z kąta wrzeszczy czwarty
    „To rozumiem! To jest party!”
    Krew się leje, zęby lecą,
    Zosia broni się kobiecą
    bronią, ułan skrzydłem szumi,
    z herbacianych pól Batumi
    leci wsparcie od Gruzinów:
    “A przetrzepać takich synów!”
    Serce rośnie, krew się burzy
    Ilu Zosia zyska stróży !
    Tłum brewerie już wyczynia!
    Jedni krzyczą „Arka- Gdynia!”
    Na to z baru chór Rodaków
    Grzmi donośnie-„Wisła-Kraków!”
    Fruną kufle, iskrzą styki,
    trzeba jeszcze by muzyki…
    I już czwórka z Manchesteru
    przygrywa jak na weselu,
    w rytm uderzeń i okrzyków,
    tchnień ostatnich od umrzyków.
    A na wszystko to spoziera
    hollywoodzka aż kamera,
    i powoli czuje wiara:
    w boju droga do Oscara!
    Nasz Chudeusz, mądre chłopię,
    z żadnym koniem się nie kopie,
    tylko rzecze: “Ja się boję,
    więc o Zosię już nie stoję,
    ale Oscar… To mnie nęci!
    Koło niego się zakręcić,
    to idea znakomita –
    lepszy Oscar niż kobita!
    Szybko jadą więc chłopaki
    w Hollywoodzie robić draki,
    zostawiając w pubie pustkę
    (tylko barman smarka w chustkę)
    i krajobraz już po bitwie.
    A kalifornijskiej sitwie
    portki trzęsą się i tyłki
    i szykują już baryłki,
    by powitać wśród wiwatów
    Irlandczyków i Sarmatów.

    KONIEC PIERWSZEJ KSIĘGI

  10. Raz pewien Maciek w Warszawie
    Od śniadania żył w obawie.
    Że niby jak,
    A jakby tak
    Złapano słonisko w trawie?

    Raz pewien Maciej z Warszawy,
    Bez żadnej już tam obawy,
    Rzucił się desperacko
    Między słodkie trawsko
    I pożera książki z trawy (strawy).

  11. @Graźko, Zosiu, Mt7 i Owczarku – bardzo dziękujemy za fantastyczne limeryki! Oboje z Mackiem jesteśmy pod wrażeniem!

    Rysberlin – dzięki za przypomnienie o „I ty zostaniesz Indianinem” Woroszylskiego, to jedna z moich ulubionych książek:) A Butenko będzie tu często gościł.

  12. Raz pewien Maciek w Warszawie
    Wylegiwał się z mamą na trawie.
    Mama mu czytała,
    Bo już umiała,
    A zasłuchany Maciek nie odzywał się prawie.