Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Oczytany - Blog Justyny Sobolewskiej Oczytany - Blog Justyny Sobolewskiej Oczytany - Blog Justyny Sobolewskiej

10.12.2009
czwartek

Ameba i inne pierwotniaki

10 grudnia 2009, czwartek,

– A wiesz jak powstał księżyc? Planeta Thea uderzyła w ziemię, kawałki ziemi wystrzeliły w kosmos i utworzyły księżyc – tłumaczy mi Maciek. – W szkole mówiliście o tym? – Nie, widziałem na filmie. Kilka lat temu „Rzeczpospolita” dodawała filmy BBC z cyklu „Wędrówki z Dinozaurami” , które mój mąż zbierał dla Maćka. Teraz nadszedł moment, kiedy komputerowo odtworzone życie na ziemi sprzed milionów lat bardzo go interesuje. Okrucieństwo świata przyrody i praprzyrody nie robi na nim specjalnego wrażenia. Kiedy jednak okazało się, że pewien gatunek prassaków pożerał swoje młode, żeby nie trafiły w ręce drapieżników pradinozaurów, zaniepokoił się.  – Ale wy tak ze mną nie zrobicie?

Pierwsza część tego filmu opowiada o początkach życia na ziemi. Maciek narysował kolejne etapy ewolucji od najprostszych organizmów wodnych aż po dinozaury (na drugim rysunku potwory wynurzają się z głębin). – Wiesz, że życie zaczęło się w wodzie? – pyta przy kolacji. – Owszem, a słyszałeś o amebie i pantofelku? – odpowiadam i sięgam do torby moich książek po „Amebę”  Marii Terlikowskiej z ilustracjami Tomasz Bogackiego ( był też w latach 70. taki film animowany) .

Ameba budzi się w wodzie i próbuje liczyć swoje niby nóżki, raz ma ich dwie, raz cztery, raz sześc – tyle, ile chce. Spotyka inne stworzenia: Pełzaka, Pantofelka, który najbardziej mnie rozczulał w dzieciństwie i Trębacza. – Jak ona go dotknęła,  to on z kulki zamienił się w trąbę i powiedział, że musi trąbić, bo jest Trębaczem! – ekscytuje się Maciek. Na końcu spotyka Klejnotkę, która mówi o amebach – głupie pierwotniaki. Bo Klejnotka jest bardziej skomplikowana – posiada oko. I odtąd Ameba będzie marzyć o czymś taki jak oko i o stworzeniu, które ma prawdziwe rączki,  i nóżki, i najprawdziwszą główkę. Może kiedyś? Za milion lat? Bardzo tę historię lubiłam, obiecywałam sobie, że zajrzę kiedyś do stawu ze szkłem powiększającym, żeby zobaczyć te starożytne organizmy. A potem, kiedy na biologii mówiliśmy o rozmnażaniu przez podział – przypomniały mi się te nieustannie dzielące się ameby i pantofelki.

W przeciwieństwie do Maćka, bardziej niż ewolucja gatunków, fascynowały mnie zjawiska przyrody.  Znajdowałam je we włoskiej encyklopedii dla dzieci, którą przywiózł mi tata. Wybuchające wulkany, lawa jak rwąca, ognista rzeka, trzęsienia ziemi i domy przewrócone jak pudełka od zapałek, piasek zamieniony w szkło przez uderzenie pioruna, kształty płatków śniegu, stwory z głębin morskich. Sporo takich dziwów odnalazłam teraz na filmach przyrodniczych BBC, które można kupić razem z „Polityką”. W pierwszej części pojawia się choćby ptak z dżungli, który w tańcu godowym przemienia się z niepozornego, czarniawego malca w wielką zjawę z  kolorowym wzorem w kształcie twarzy na skrzydłach. Jest wspaniały, tańczy bosko, tylko okazuje się, że wszystko na nic, nikt na niego nie patrzy. Obiekt zalotów dawno uciekł. Oglądając tę serię przypominałam sobie moje dziecinne, przyrodnicze fascynacje, mieliście podobne?

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 8

Dodaj komentarz »
  1. Kochana Justyno! Toż to cała bajeczna kraina doświadczeń i odkryć! Oj, święta nas zastaną i Nowy rok minie… U mnie zaczęło się – na lekcjach przyrody. A może nawet wcześniej, od drewnianych klocków z obrazkami australijskich stworzeń? Może? Niezwykły był nauczyciel i pracownia – akwaria, szkielety, hodowle kaktusów, morskich świnek, które nie chciały się rozmnażać. Nasz Niezwykły powtarzał – Nic z tego nie będzie! W takich warunkach to niemożliwe. Za duży stres. Pamiętam też potworne czarne ptaszysko, które osowiałe siedziało w klatce i cuchnęło na całe szkolne piętro. Zdechło z osamotnienia, stając się powodem do wielu żartów, że szkoła nie jest środowiskiem przyjaznym dla żywych stworzeń. W domu był dziadkowy album – książka z wklejanymi ilustracjami zwierząt i opisami. Snuje się za mną sentyment do małp, zeber, żyraf i gepardów nie mniej niż do żab, chrabąszczy, świerszczy… Niestety album nie wytrzymał zmiany systemów, przeprowadzek. Może ktoś pamięta to wydawnictwo? Chyba niemieckie… Żadna książka, a jednak, nie mogła przyćmić przygody w Górach Świętokrzyskich. U podnóża św. Katarzyny lub na samym św. Krzyżu rozbijany był namiot i w zupełnej ciszy, na bezludziu, razem z braćmi odkrywaliśmy cuda Puszczy Jodłowej. Wiem za co lubię Żeromskiego. Bracia zabierali z gabinetu cioteczki Danieli formalinę i zaczynały się łowy. Zatonął niejeden padalec w słoju, jaszczurka… Było całe pudło ślimaków zniesionych do domu… jazda na koniu, na oklep… i ulubiona opowieść o mysiej rodzinie. Chłopaków interesowały glisty i inne obłe robale.
    Przez jakiś czas myślałam, że Muminki są skandynawską odmianą polskich myszek polnych. Pamiętacie opowieść o Królu Popielu? Psuła mi obraz puchatych stworzonek, ale I.Krasicki pojawił się z poematem i bajką! Myślę, że pokolenie Maćka ma wyborny wybór książek, ale przyroda powoli zaczyna się ukrywać przed oczami wilków (D. Wawiłow, wilki idą). Pozdrawiam wzruszona Maćkową lekturą i wszystkimi nóżkami na rysunkach.

  2. Justyna, miło się czyta Twoje recenzje.
    Swoją drogą ciekawe, ile osób z jednego roku polonistyki prowadzi jeszcze blog o książkach dla dzieci i młodzieży. Pozdrawiam Joanna Jagodzińska.

  3. … najpierw była książka, a nawet dwie, z kiczowatymi okładkami i takimiż ilustracjami, o dinozaurach i o praludziach. Oglądaliśmy ukradkiem gościnnie u znajomych rodziców, w gabinecie gospodarza, co wzmacniało aurę tajemniczości, zwłaszcza że gospodarz, z zawodu biblista, źle znosił pytania o nasze (i jego) pochodzenie od małpy. Małpo-człeko-ludy jako owoc zakazany dzieciństwa. Dziś trochę się niepokoję, jak na indoktrynację syna filmami o praludziach zareaguje pani katechetka w szkole.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Mnie fascynowała Wielka Encyklopedia Powszechna (13 tomów). W jednym z nich była rozkładana wklejka, a na niej zdjęcia przedstawicieli różnych ras. To był mój prywatny hit – przez kilka lat co i rusz wracałam do tego tomu zmuszając wszystkich gości do oglądania i komentowania.

  6. Mnie z natury rzeczy fascynowało wszystko, co z życia zwierząt, bo lepiej mi ono znane, niż życie ludzi. 😉 Ale najciekawsze wydawały mi się nie zwierzęta wymyślone i sfabularyzowane, tylko prawdziwe. Dwa tomy mojego ukochanego Jana Żabińskiego czytałem w tę i wewtę, a potem znowu od początku. I „Serengeti nie może umrzeć” Grzimków (ojca i syna), bo tam były wspaniałe zdjęcia. A gdyby już wtedy był tłumaczony Vitus Dröscher, też na pewno by był bohaterem mojego szczenięctwa (nic zresztą nie stracił, zaczytuję go teraz na strzępy).
    Wskutek namiętności do Żabińskiego zamiast Ameby pamiętam aksolotla. Bardzo dziwna postać. Potrafi się rozmnażać w postaci larwalnej i potem już nigdy nie zostaje dorosłym. 😯

  7. Bardzo dziękuję za komentarze:

    @Graźko – no własnie , pewnie wielu z nas miało swoją księgę dzieciństwa, taką jak ta Twoja o zwierzętach.

    @Zefi-rynno – Joasiu, nie wiedziałam, że to Ty stoisz za tym fajnym blogiem Zaczytani:) pozdrowienia serdeczne!

    @lsj, Allla – dzisiajsze dzieciaki juz chyba nie są wychowani na encyklopediach, tak jak my byliśmy. Ja uwielbiałam encyklopedię niemiecką z kolorowymi rycinami, gdzie dowodzono,że najdoskonalsza jest rasa aryjska:)

    @Bobik – nie znałam aksolotla! Jaka wspaniała nazwa:)

  8. Ja aksolotla pamiętam jeszcze z „Gry w klasy” Cortazara 😉

  9. Bardzo Pani dziękuję za ten wpis 🙂 Dawno dawno (pewnie blisko 40 lat temu) dostałem ten komiks o amebie od mojego taty 🙂 Nie mam pojęcia co się z nim stało, być może zawieruszył się gdzieś podczas przeprowadzek, a może został przekazany innym, młodszym dzieciom. Od kilku ładnych lat „męczy” mnie ten komiks. Pamiętam doskonale początek i niektóre rysunki, ale nie pamiętałem okładki ani nawet nazwiska autorki (chociaż płeć autorki pamiętałem). Z perspektywy czasu oceniam, że ten komiks był bardzo istotny dla rozwoju moich zainteresowań. Uwielbiałem wpatrywać się w kroplę wody pod mikroskopem, obserwować bujne życie w stawie, a szczytem moich marzeń było własne akwarium. I w końcu je dostałem :). Potem była wielka fascynacja podwodnymi filmami Jacka Cousteau i niesamowitymi obrazami Davida Attenborougha. W efekcie skończyłem biologię na Uniwersytecie i chociaż nigdy nie pracowałem w zawodzie, to do dzisiaj bardzo żywo interesuję się przyrodą. Pamiętam jednak, że wszystko zaczęło się od tej krótkiej ale pięknej historyjki. Teraz będę mógł ją sobie kupić i uśmiechnąć się do czasów dzieciństwa 🙂