Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Oczytany - Blog Justyny Sobolewskiej Oczytany - Blog Justyny Sobolewskiej Oczytany - Blog Justyny Sobolewskiej

6.06.2010
niedziela

Feniks i kadzidło

6 czerwca 2010, niedziela,


Tyle się działo w ten przedłużony, słoneczny weekend, że nawet nie mieliśmy czasu skończyć „Feniksa i dywanu” Edith Nesbit. Zaczęliśmy od drugiej części przygód piątki dzieci z Londynu, bo jakoś szczególnie lubiłam ją w dzieciństwie. Najlepiej czytało się nam w czwartek, w Boże Ciało, kiedy słychać było w oddali grzmoty zbliżającej się burzy (prawie tak dobrze, jak przy śnieżnej zadymce).

Feniks i dywan pojawili się u dzieci jednocześnie –  jajko z ognistym wnętrzem było zawinięte w dywan, który po okazyjnej cenie kupili rodzice. I tak zaczęły się podróże bliższe i dalsze. Wieże ze skarbami (na rysunku Maćka obok skarbu muszą być, jak wiadomo, kości i czaszka), egzotyczne wyspy, przy czym Feniks często ratuje ich z tarapatów, a dywan czasem bywa przyczyną nieporozumień. Choćby wtedy, gdy sprowadza im do pokoju 199 perskich kotów i kilkaset szczurów, oraz gdy zamiast mleka przywozi…. Nie  będę zdradzać nic więcej, bo to najśmieszniejszy rozdział.

Na książkach Edith Nesbit z pewnością wychowała się J.K. Rowling, ale w przeciwieństwie do „Harry’ego Pottera” książki Nesbit są bardzo realistyczne. Oprócz magicznych atrybutów: mówiącego ptaka i latającego dywanu dzieci są całkiem zwyczajne, ich pokój mieści się w ponurej suterenie, gdzie spod szafy wychodzą karaluchy. Realia samego początku XX wieku (1904) są wierne. Choćby to, że dzieci i rodzice żyją w innych światach – rodzice gdzieś wyjeżdżają, dzieci zostają w domu z kucharką, starsze zajmują się młodszymi. Zresztą rodzicie w ogóle nie wiedzą, co się dzieje w dziecinnym pokoju. Dzieci w tamtych czasach musiały szybciej dorastać, stawać się odpowiedzialne. Siłą rzeczy naśladowały dorosłych. A dziś bywa chyba odwrotnie – to dorośli czasem wzorują się na dzieciach, a może po prostu nie przestają być dziećmi. Pewne rzeczy jednak wymagają dzisiaj korekty: na widok tubylców na wyspie dzieci mają jedno skojarzenie: – dzicy są zawsze brudni! Ciekawe, jak to zdanie wygląda w nowym wydaniu Zielonej Sowy?

Na dworze wiało i grzmiało, a przed naszymi oknami szła procesja Bożego Ciała. Akurat przed chwilą czytaliśmy o Feniksie, który postanowił odwiedzić swoją świątynię w Londynie, czyli towarzystwo ubezpieczeniowe „Feniks”, gdzie zażądał kadzidła na ołtarz ofiarny. – Inaczej niż Feniks ja kadzidła nie lubię – mówił Maciek, kiedy ksiądz okadzał ołtarz dokładnie naprzeciwko naszej kamienicy. Procesja za oknem przeszła, a Maciek swoim zwyczajem szybko ułożył własny ołtarz dla dinozaurów i krabów, które karnie i równo szły czwórkami w procesji. Przygrywał im pozytywką z „Czarodziejskiego fletu” , a zwierzęta śpiewały „Aniele Boży stróżu nasz…”. Kraby sypały kwiatki i tylko kadzidła nie było.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 12

Dodaj komentarz »
  1. Wspaniałe są te książki:) Rozumiem, że tom z piaskoludkiem w roli głównej już przerobiony – a zamierzacie domknąc trylogię „Historią amuletu”?

  2. 🙂
    Pamiętam jak uwielbiałam te historie jako mała dziewczynka. Ta magia, podróże w czasie… Chyba pomaszeruję do biblioteki po całą serię Nesbit. Będę najwyżej udawać, że to dla zaprzyjaźnionego dziecka.

  3. Przyznam, że z całej trylogii też najbardziej lubiłem „F&D” – część piaskoludkowa jest w jakimś sensie konwencjonalna (morał jak w bajce o złotej rybce), choć gderliwemu piaskoludkowi nie można odmówić wyrazistości; jednak książkę łatwo przeoczyć wśród podobnych publikacji. Z kolei „Amulet” wydawał mi się miejscami bardzo ponury.

    Natomiast F&D naprawdę potrafi czytelnika zaczarować, pomimo że, jak słusznie Pani zauważa, elementy baśniowe wcale nie przeważają nad realnymi. Cały urok książki polega chyba na tym, jak smakowicie i intrygująco łączą się te dwie sfery (np. w znamiennej osobie pastora dającego ślub kucharce i włamywaczowi w stanie dosłownego rozdwojenia jaźni pomiędzy swoim salonem a wyspą na ciepłych morzach 🙂

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. @demonka – „Pięcioro dzieci i coś” czeka jeszcze. A potem weźmiemy mój egzemplarz „Rodu Ardenów” też Nesbit: o dwójce dzieci, która przenosi się w przeszłość. Pamiętam, że w ten sposób zainteresowałam się historią Anglii.

    @Alla – to naprawdę frajda wracać do Nesbit, kiedy jest się dorosłym:))

    @ seiendes – mam tak samo:) I rzeczywiście urok tkwi właśnie w tym, że te sfery łączą się naturalnie i intrygująco. Do pastora jeszcze nie doszliśmy, ale pamiętam ten ślub z dzieciństwa:)

  6. – Dalej, dalej! Do morza! – wrzasnął Cyryl – Oni nie cierpią wody. Słyszałem… że dzicy… zawsze są brudni

    Tak wygląda to zdanie w nowym wydaniu Zielonej Sowy 🙂

  7. Umiejętne gospodarowanie bajkowym/fantastycznym kapitałem to chyba właśnie sekret dobrej literatury dziecięcej – czy wręcz warunek utrzymania się tej czy innej książki czy autora we właściwym nurcie tego gatunku.

    Nawet w obrębie kultury anglosaskiej mamy z jednej strony „oszczędne i gospodarne” panie E. Nesbit czy P.L. Travers (ta od Mary Poppins) – tym mały czytelnik udzieli kredytu bez zastrzeżeń; dalej mamy post-nesbitowską J.K. Rowling, już znacznie bardziej „rozrzutną” treścią fantastyczną (i wymykającą się przez to w kierunku „dorosłej” literatury) – tu już kredytodawca jest chyba mniej ufny w głębi ducha, ale książkę zawsze może kupić zaciekawiony tatuś; wreszcie prawdziwy „utracjusz” L. Carroll, szpikujący treść symboliką już skrajnie niedziecięcą.

    Zdarzają się autorzy, którzy ów „budżet” skrajnie przekształcają nawet pomiędzy poszczególnymi tomami – przykładem rodzimy J. Korczak, którego „dziecięca” historia króla Maciusia w tomie drugim nasiąka mocno mrocznymi fantasmagoriami – a już lokowanie „Kajtusia Czarodzieja” w sferze literatury dziecięcej to straszliwa pomyłka – bo to gorzka i depresyjna książka dla dorosłych.

  8. @seiendes – Narnia i „Złoty kompas” Pullmana byłyby więc po stronie bardziej dorosłej? Może faktycznie. A może od czasu Nesbit literatura dla dzieci w ogóle nieco wydoroślała? Z Korczakiem rzeczywiście tak jest.

    @vesper – to znaczy, że zostawiono w przekładzie Ireny Tuwim wszystko jak było. Hmm, i tak dotykamy problemu politycznej poprawności. Znam osoby, które odrzucają niemal całą starą literaturę dla dzieci, bo utrwala stereotypy. Ja do nich oczywiście nie należę, bo co wtedy zostałoby do czytania? Prawie nic. Trudno mi też jakoś uwierzyć w szkodliwość „Murzynka Bambo”, który jest uznawany wręcz za przejaw rasizmu. Ale już zdanie: „dzicy są zawsze brudni” według mnie wymaga przynajmniej komentarza, bo może zapaść dziecku w pamięć. Jak uważacie?

  9. Z weryfikowaniem niepoprawnych politycznie utworów jest trochę tak, jak z walką z pomnikami po dawnym ustroju – była moda, żeby rozwalać, były głosy, żeby może przerabiać (Dzierżyńskiemu dorobi się okulary i będzie Sienkiewicz) – trochę się to ostatnio uspokaja. Po prostu trzeba dojrzeć do pewnego spojrzenia, w ramach którego nie udaje się, że czegoś nie było.

    Murzynka Bambo też nie wyrzucałbym na śmietnik historii – nawet jeśli niedawny cytat z tego wierszyka w wykonaniu o. Rydzyka zgodnie został uznany za rasistowski. Jeśli wierzyć tezie W. Isera, że recepcja czytelnika współtworzy każde dzieło literackie, to trzeba po prostu lekturę wzbogacić o kontekst – pytanie tylko, czy przez odpowiednie przygotowanie (młodego) czytelnika, czy przez fizyczne dłubanie przy utworze (przypis? wstęp tłumacza?) – na pewno nie przez nożyczki cenzora.

    Odpowiadając zaś na pytanie o miejsce Narni w nurcie dziecięcym – to rzeczywiście ciekawa sprawa. Lewis niewątpliwie transponuje do mitologii bajkowej motywy biblijne (czyli tłumaczy „dorosłą” Biblię na język i formę bajki dla dzieci). Nie ma w tym nachalności indoktrynatora, a jest wspaniały język, ciekawe dialogi oraz konsekwencja i bogactwo konstrukcji świata mitologicznego – wyjątkiem może ostatnia część cyklu („Ostatnia bitwa” – czyli apokalipsa), i tę uznałbym już za „dorosłą”.

  10. Ale przecież Murzynek Bambo był w swoich czasach forpocztą tolerancji 🙂 Nigdy nie rozumiałam, dlaczego ten wierszyk uważa się za rasistowski. „Szkoda, że Bambo czarny, wesoły, nie chodzi razem z nami do szkoły” – gdzie tu rasizm? Albo w tym, że czarną ma skórę ten nasz koleżka? Sympatyczny wierszyk o sympatycznym chłopaczku, którego fajnie i ciekawie by było poznać, bo jest troche inny niż my, ale też w dużej mierze dokładnie taki sam – uczy się, bawi, ma mamę… I tyle 🙂

  11. To Afrykanin Bambo..bo chyba nie Afroamerykanin??Jak własciwie trzeba(„trzeba” )mówić?
    „Piecioro dzieci i coś”-cudowne!!Musze znowu przeczytać.
    Dziękuję Autorce za przypomnienie Edith Nesbit:))

  12. IMHO to wyprzedzające skomentowanie może bardziej zapaść w pamięć, niż jakaś tam snująca się przez dłuższy czas licentia poetica.

  13. Dzięki za przypomnienie! Lęcę do biblioteki. Moja niestety ‚poszła w świat’…