Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Oczytany - Blog Justyny Sobolewskiej Oczytany - Blog Justyny Sobolewskiej Oczytany - Blog Justyny Sobolewskiej

18.06.2010
piątek

Encyklopedia mon amour

18 czerwca 2010, piątek,

Maciek jest chory i siedzi w domu. W takich okolicznościach odkrywa się najciekawsze książki – na przykład encyklopedię. Uwielbiałam obrazkową encyklopedię o zjawiskach przyrody: wybuch wulkanu, blok mieszkalny przewrócony jak pudełko od zapałek przez trzęsienie ziemi. Moja mama przestudiowała w chorobie wszystkie dwadzieścia tomów starej encyklopedii niemieckiej z roku 1896, którą dziadkowie przywieźli z Gdańska. Potem ja do niej zaglądałam ilekroć byłam u nich. Fascynowały mnie kolorowe tablice ras ludzkich (m.in rasa aryjska), motyli czy zórz polarnych. Używałam encyklopedii też w innych celach: czarne skórzane tomy ze złoceniami nadawały się idealnie do budowania zamków i mostów (o podobnym użytku z wielotomowych dzieł pisała Anne Fadiman w książce „Ex libris”).

Pierwsza encyklopedia Maćka była skromniejsza – czerwona, jednotomowa PWN z lat 70- tych. Zastałam go kiedyś, jak przerysowywał jeden z rysunków. – Czego szukałeś? – Hasła „The End”, które pojawiło się na końcu filmu… Nie znalazł, ale trafił na „Schemat lotu załogowego Sojuz – Apollo”. Nie go tylko przerysował, ale zbudował też papierowe makiety amerykańskiego i radzieckiego statku, które spotkały się na orbicie i potem razem leciały. Nie wiedziałam, że takie wspólne loty w ogóle miały miejsce.

Dzisiaj uznałam, że nadszedł moment, żeby pokazać mu tę starą, odziedziczoną encyklopedie niemiecką. Zdjęliśmy z półki kilka tomów. – Chcę te najbardziej zniszczone – prosił Maciek. Otarliśmy je z kurzu i otworzyliśmy (nikt tego nie robił przez ostatnie 10 lat). – Jak to możliwe, że te kartki są białe? – dziwił się Maciek. Dobry papier z XIX wieku. Ryciny go zahipnotyzowały. Utknął przy orderach państw i nieistniejących już królestw. Syjamski order białego słonia, gwiazda Salomona z Abisynii. Przejrzeliśmy dopiero trzy tomy, ciekawe, co odkryjemy dalej?

Oprócz encyklopedii miałam jeszcze jedną ważną księgę dzieciństwa. Opasły poradnik „Kobieta lekarką domową” z początku XX wieku, który studiował też w dzieciństwie mój tata. Secesyjne, roznegliżowane, rude kobiety opalały się na leżankach na rycinie „kąpiele słoneczne”. Największe wrażenie robiła na mnie jednak „wątroba pijaka”, rycina poświęcona zgubnym skutkom alkoholu. Na obrazkach ciała otwierały się, żeby pokazać układ trawienny, dziecko w brzuchu matki, albo gardło zdrowe i chore –  pokryte aftami, czyli bedłkami. Choroby, wysypki i wrzody straszyły, ale i przyciągały wzrok. Podobnie jak dziwne mechanizmy do poprawy kobiecej sylwetki. Oglądałam tę księgę jak zbiór osobliwości z zamierzchłych czasów.

Alfabetycznie ułożone hasła w encyklopedii niesamowicie działają na wyobraźnię dziecka. Dają też, jak pamiętam, poczucie poznawania świata, który wydaje się doskonale uporządkowany. Potem okazało się oczywiście, że nie da się go ogarnąć za pomocą książki, nawet wielotomowej…

http://gawlod.w.interii.pl/WLODEK/kobieta%20lekarka3.JPG

http://gawlod.w.interii.pl/WLODEK/kobieta%20lekarka2.JPG

http://images21.fotosik.pl/407/1aedf96751eac3a6.jpg

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 14

Dodaj komentarz »
  1. No i prose piknie! Godali, ze sto roków temu nie było anoreksji! A tutok pierwsy obrazek piknie dowodzi, ze była! Ino nazywała sie kapecke inacej: chorobliwa suchość.

    A Maciek mo racje. To dziwne, ze w encyklopedii nimo tak woznego hasła The End. Jaze muse sprawdzić, cy tak samo w Balszoj Sawietskoj Enciklopedii nimo hasła Kaniec Filma 😀

  2. Eh, no tak, urok dawnej poligrafii 🙁 W jednej ze swoich książek Marek Krajewski obrazowo oddaje zmianę epoki w poniemieckim Wrocławiu właśnie na przykładzie papieru – jeden z bohaterów zmuszony jest pisać (jeszcze solidnym przedwojennym piórem) na wczesnopeerelowskim papierze – cienkim, pełnym kawałków drewna, na którym można tylko stawiać kleksy. Autor trochę przesadził – sporo moich książek z lat 50. to wciąż porządna wydawnicza i introligatorska robota.

    Sam pamiętam „historyczny” moment w szkole, kiedy nauczyciel polecił nam wynieść do kotłowni naręcze tomów Lenina, Marksa, Kim Ir Sena – oprawnych w skórę, z rycinami troskliwie zabezpieczonymi cieniutką stroną z bibułki 🙂

    Paradoksalnie, prawdziwa tandeta na skalę masową – kiepski klej, pokraczne ilustracje, błędy edytorskie i tłumaczeniowe, zaczyna się na początku lat 90. Ostatnio trochę się to zmieniło, na szczęście. Byłby wstyd przed przyszłymi pokoleniami – coś mi się widzi, że e-booki tak łatwo nie wyprą książki (jedynie) prawdziwej 🙂

  3. fakt, coś jest w encyklopediach, co kartka, to niespodziewana dziecięca przygoda, choćby zawsze startowało się od ilustracji gadów prehistorycznych

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Och, encyklopedie i książki naukowe… To jest, oczywiście, Tajemniczy Ogród.Tym wspanialszy, że niejasnymi, ale pewnymi drogami prowadzący do Świata Dorosłości. Nie było niczego lepszego, żeby dostąpić Wtajemniczenia. 🙂
    No dobra, przyznam się – mam na półce zwiniętą mojemu ojcu (he, he, nawet nie zauważył!), już za jego czasów przestarzałą encyklopedię z 1959 roku. Nieważne, że mnóstwo jej haseł to już kompletne bzdury. Mam gdzie sprawdzić. 😉 Ale, rzecz jasna, wspomnienia. Te wszystkie ryciny, zdjęcia, ilustracje – ssaki Eurazji, grzyby jadalne, polskie mundury wojskowe, astronautyka i rakiety, człowiek – anatomia, flagi… To poczucie dumy, że czasem ja mogę dorosłych zaskoczyć czymś, o czym oni nie wiedzą…
    I ta – jestem tego pewien – prosta droga do dzisiejszego radosnego wtłukiwania wszystkiego, czego nie wiem, w wyszukiwarkę. Bo przecież tak przyjemnie wiedzieć. 🙂

  6. Alez Krolestwo Syjamu nadal istnieje, tylko zmienilo w latach 30-tych nazwe na Tajlandia.

  7. @owcarku – i te uprzęże, żeby poprawić sylwetkę, nie wyglądają na wygodne:)

    @seiendes – to chodziło o zakwaszanie papieru, po 1916 zaczęto i niedawno zaprzestano dopiero, bo książki się rozpadały. Ale najgorsze to były kryzysowe z lat 80 tych, pamiętacie? Klejone tak, że natychmiast się zamieniały w stos luźnych kartek:)

    @foma, Bobik – chyba dziś już mamy tylko te stare, bo kto by kupował nową, wielotomową encyklopedię, kiedy są wyszukiwarki?

  8. wielotomowej uniwersalnej dla dorosłych pewnie coraz trudniej będzie znaleźć kupca, ale takie tematyczne dziecięce pewnie dalej będą towarzyszyć poszczególnym przystankom na ścieżce zainteresowań.

  9. Szanowna Pani Redaktor,

    ten wpis jest troche prywatny – ja tez mam te ksiazke „Kobieta lekarka domowa” w zwiazku z tym nie moglem sie opanowac, zeby do Pani nie napisac. Przez cale dziecistwo bylem pod wrazeniem tej ksiazki, pieknie wydanej z fascynujacymi ilustracjami.

    Łączę wyrazy szacunku
    woron
    http://www.woron.org

  10. Fascynacja encyklopedią w latach biedy wydawniczej była nieunikniona. W latach 80 była to chyba jedyna kolorowa książka. Mnie często służyła do suszenia liści i kwiatów. 😉 Pozdrawiam, {Z}

  11. Encyklopedie i leksykony to także moje ulubione ksiązki.
    Najmilsze to encyklopedia geograficzna .jaka to radocha ogladać te ilustracje i ryciny n.p ziemia przed dziesiątkami milionami lat,prastare kontynenty pływające po oceanie i obijające sie o siebie .

  12. Oj, pamiętam te książki z lat 80-tych, zwłaszcza z końcówki. Jako nastolatka z uporem próbowałam rozbudowywać moją biblioteczkę. Zdobywałam wielkim wysiłkiem cuda, które szybciutko rozpadały się na kawałki, a mnie było przykro 🙁

  13. justyna sobolewska: ” @foma, Bobik – chyba dziś już mamy tylko te stare, bo kto by kupował nową, wielotomową encyklopedię, kiedy są wyszukiwarki?”

    u mnie w pracy encyklopedie i leksykony „wywialo” z polek 🙂
    troszeczke dla dzieci ( dzuo ilustracji i zdjec )

    w starych encyglopediach lubilem te bibulki do ochrony zdjec i oczywiscie te
    otwierajace sie do wiecznosci wnetrza ludzi 🙄

    🙂

  14. Wielka Radziecka Encyklopedia Medyczna z biblioteki Ojca. Kazdy tom, a bylo ich bodaj 12, wielksoci tomu Brytanniki, mial dolaczone okularki czerwono-zielone, do ogladania kolorowych plansz (z bibulka) reprodukowanych „trojwymiarowo”. Ja, astygmatyczka, nie mialam z tego wiele pozytku, bo widzialam te plansze albo na zielono, albo na czrwono, nigdy razem. Z przyjacielem-rowiesnikiem Edz’ka wyszukiwalismy ilustracje do… tych,,, jakby to tam… narzadow rodnych.
    Szczegolna fascynacje budzilo haslo, a raczej rysunki i czarnobiale zdjecia do „Popularnych chorob wenerycznych”. Meskie, w przewazajacej wiekszosci fiuty pokryte przerazliwymi wrzodami, strupami i temu podobne. Tak sie przyzwyczailam do tego widoku, ze kiedy pierwszy raz zobaczylam to w naturze, bylam lekko zasloczona, ze sa gladkie i znacznie ladniejsze niz na ilustracjach..
    Tej encyklopedii juz nie wozilismy do Polski w czasie przeprowadzki, ale pozostala niezapomniana w moim sercu.

  15. Pani Justyno, Pani wpis przypomniał mi moje dzieciństwo. Ponieważ często chorowałem (astma) i nie chodziłem do szkoły, zazwyczaj okładałem się książkami w łóżku i czytałem. Najbardziej ulubioną lekturą była przedwojenna Encyklopedia Trzaski, Everta i Michalskiego w pięciu tomach. Oczywiście najciekawsze były ilustracje i mapy. Były też i inne książki, ale tę encyklopedię pamiętam najbardziej i wspominam z wielkim sentymentem, ilekroć jestem u swojej mamy, gdzie do dziś tomy Encyklopedii stoją na półce, choć minęło już kilka dziesięcioleci.

    Pozdrawiam