Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Oczytany - Blog Justyny Sobolewskiej Oczytany - Blog Justyny Sobolewskiej Oczytany - Blog Justyny Sobolewskiej

20.03.2011
niedziela

Łasuchy literackie

20 marca 2011, niedziela,

Weekend spędziliśmy na czytaniu (pierwszy tom „Tomka”  Szklarskiego) i gotowaniu. I to nie ja byłam pomysłodawcą. Nie, to nowa pasja Maćka. Przy śniadaniu studiuje kulinarne dodatki do Gazety „Palce lizać”. Rano w sobotę pyta: – Będzie grzanka francuska czy jajko na toście? Dziś sam już zrobił jajo sadzone, które potem wylądowało na grzance z serem żółtym. A wczoraj upiekliśmy  nasze pierwsze czekoladowe muffinki. Maciek lubi czytać przepisy, wyciąga z półki książki Nigelli Lawson, a ostatnio znalazł też  „Łasucha literackiego” Małgorzaty Musierowicz, uroczą książkę zbierającą przepisy ze wszystkich tomów Jeżycjady. – To musi być bardzo stara książka, bo jest taka pożółkła, czy to z XIX wieku? Rzeczywiście, choć mój „Łasuch” wyszedł zaledwie 20 lat temu, to jest bardzo zużyty, bo często kiedyś do niego sięgałam. Choćby po to, żeby zrobić bardzo niepoprawnego politycznie  „Murzyna w koszuli”, czyli boski mus czekoladowy.

http://www.antykwariat-mit.pl/userdata/gfx/5e0d1c598e2fa94c0bdecbd5e69095e2.jpg

Patrząc teraz na Maćka uświadomiłam sobie, że w dzieciństwie w ogóle gotowanie nie mnie, ani nikogo z moich rówieśników nie interesowało. Kojarzyło się z siermiężnym i ciężkim obowiązkiem, który lepiej zostawić dorosłym. Dopiero teraz, przy obfitości składników można się nim bawić i eksperymentować. Tak jak my z naszymi muffinami.

Za to bardzo lubiłam w dzieciństwie opisy jedzenia w książkach. Zwłaszcza w literaturze brytyjskiej – te leguminy, puddingi (nie wiedziałam co to jest),  zimne mięsa z koszyka na wycieczce, ciasta agrestowe itp. Kiedy teraz w sklepie Marks & Spencer mijam półkę z pudełkami porridge’u – przypomina mi się „I ty zostaniesz Indianinem” Woroszylskiego i porrigde z zimnym i ciepłym mlekiem, który jadała rodzina bohatera. A pamiętacie kiełbasę dobrze podsuszoną i cukierki ślazowe z „Dzieci z Bullerbyn”? Albo naleśniki Mamy Muminka? Mój ulubiony cytat z tamtego czasu to: „Powietrze morskie zaostrza apetyt” z „Kluski, Kefira i Tutejszego” Broszkiewicza. Z książek dziecięcych zapamiętałam rzeczy, które brzmiały egzotycznie albo po prostu smakowicie. Czasy się zmieniły i jedyną literacką potrawą, która zafascynowała ostatnio Maćka był chleb ze słoniną w „Tajemniczym ogrodzie”. To dla niego było egzotyczne. A my marzyliśmy o tak wielu rzeczach! A może to kulinarne skrzywienie było tylko moją przypadłością?  Kiedy wypytałam bliskich okazało się, że w książkach w dzieciństwie nie zwracali wcale uwagi na jedzenie – no chyba,  że pojawiała się zagraniczna guma do żucia. Mroczny przedmiot pożądania dzieci PRL-u.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 11

Dodaj komentarz »
  1. Trzydzieści lat temu uwielbiałam „Kuchnię z niespodzianką” i mleko na żółto. Gdy byłam głodna, obiad stołówkowy już zapomniany (zresztą ciągle jakieś kartowe mięsoresztki), a mama jeszcze w pracy, oglądałam z koleżanką „dorosłe” książki kucharskie.
    Teraz jest mnóstwo książek, także dla dzieci o gotowaniu, ale ja już nie lubię gotować, a po drugim zdaniu przepisu usypiam lub odpływam, robiąc dobrą minę do złej gry (oczywiście po to, żeby nie obrazić tego, kto raczył podzielić się tajnikami swej kuchni).
    Czasem raczę syna opowieściami: ‚a wiesz, że w twoim wieku, nie wiedziałam co to awokado?’. Taaakie oczy! Za to ojciec mówił mi: ‚ja pierwszy raz jadłem ser żółty, gdy miałem 12 lat’. Times they are a-changing.

  2. A jo to słysołek, ze w „Klubie Pickwicka” telo jest o jedzeniu napisanie, ze od samego cytania zafciewo sie jeść. No to w końcu przecytołek i jo. Cóz, ksiązka barzo, barzo pikno. Ale ślinka nie pociekła mi ani rozu. Cemu? Cóz, być moze bocyłek, ze pon Pickwick i jego przyjaciele furt jedli ino ANGIELSKIE jedzenie 😀

  3. Z dzieciństwa to bardzo dobrze pamiętam tort z „Idy sierpniowej”.
    Za to teraz coraz większą uwagę zwracam na opisy jedzenia. Lubię jeść 🙂

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Skoro o „Tomku” Szklarskiego i kulinariach, to mi się przypomniało, jak przy lekturze tegoż w wieku szczenięcym zaczęła mi ślinka lecieć po nastym opisie konsumpcji rumu jamajka przez bosmana Nowickiego – cóż to ta jamajka i jak smakuje? Ale od czego wyobraźnia? W domu wprawdzie nie było nic chłodzącego (wiadomo – w sklepach ocet), więc rolę jamajki przy czytaniu odegrał podebrany matce koncentrat soku cytrynowego 😛 Ale zagłębiony w lekturze nie zwróciłem nawet uwagi, jakie to było świństwo.

    I tak dochodzimy do drażliwego punktu – czy wypada czytać przy jedzeniu (ew. jeść przy czytaniu)? Sam nigdy nie mogłem się powstrzymać, obie czynności nabierają dzięki temu uroku, nawet jeśli sama książka nabierze kilku dożywotnich plam. Ale zgadzam się z @owcarkiem, że przy niektórych książkach nagły atak głodu jest nieunikniony. Najbardziej apetytopędne są chyba kryminały Marka Krajewskiego o detektywie Mocku – on się po prostu znęca nad czytelnikiem, a gdyby wyciąć z tekstu opisy jedzenia (i topografii wrocławskiej), to by się chyba okazał Krajewski autorem serii nowelek 🙂

  6. W drugim rozdziale “Lamparta” (caly czas bazuje na tlumaczeniu Ernstowej) jest niezly opis makaronu, ktory podano po staremu jako pierwsze danie, ku uldze wszystkich biesiadujacych, a nie wedlug najnowszej, francuskiej mody bulion. Sam bym sprobowal. Tamze podczas opisu balu, sa opisy roznych potraw.
    Oczywiscie pierwsza ksiazka, ktora nasunela mi sie na mysl byla “Like water for chocolate” – nie wiem czy byla przetlumaczona na polski.
    W ksiazce “Przez kuchnie i od frontu” Mira Michalowska przemycila pare przepisow.
    U Wankowicza w “Szczeniecych latach” jest sporo fajnych (chcialbym to sprobowac) opisow jedzenia.
    Z ksiazek czysto kucharskich – mam ksiazke mojej Mamy z okresu okupacji niemieckiej. Wirtuozeria podstawien i zamian – co za inwencja!
    Fajny tez jest wstep do “Kuchni Polskiej” wydanej gdzies w polowie lat piecdziesiatych. Jak to kiedys sie w Polsce glodowalo, a teraz kazdy sie racjonalnie odzywia. Szczegolnie na poczatku lat osiemdziesiatych – sama frajda.

    PS
    Nie czytam przy jedzeniu, ale zarowno moj Tato jak i moja szacowna zona tak!

  7. Jeść nie lubię i nie lubię gotować ale czytać książki kucharskie to co innego.Zwłaszcza stare przepisy są takie ciekawe.Przy czytaniu czesto podjadam a przy niektórych ksiązkach to wręcz ogarnia mnie głód.
    Objadałam się rosołem w trakcie czytania „Opium w rosole’,ze dzisiaj nie trawię tego specjału.

  8. Książki kucharskie z „wkładką” literacką to domena Roberta Makłowicza, np. świetna „C.K. Kuchnia”, spisana w formie fabularyzowanych anegdot na temat różnych potraw z krajów dawnej monarchii habsburskiej, która jest ewidentnie konikiem autora. Eh, te knedle, pogacze, czewapczyca, gulasze, palaczinki :)) Pan Robert czasami myli fakty (np. nazywając „żółtymi brzuchami” mieszkańców Kongresówki – rzekomo od rosołu, który gotowali z szafranem – a każdy mieszkaniec dawnego pogranicza galicyjsko-kongresowego wie, że „żółte brzuchy” to właśnie ci z Galicji :), ponoć od żółtych elementów munduru austriackiego). Ale jednak – to się naprawdę czyta, i rzecz jasna, się je.

  9. Pietrek pisze:
    2011-03-24 o godz. 17:10

    Like water for chocolate – została przetłumaczona jako „Przepiórki w płatkach róży”. Przepiękna historia.

  10. A propos kulinarnych wątków w literaturze. Przypomina mi się – jakże niewinna! – używka bohaterów książek E. Niziurskiego – pestki. I taki dialog między Zasępą a Kickim ze „Sposobu na Alcybiadesa”:
    – Żujesz czy łuskasz?
    – Co masz do żucia?
    – Betel.
    – Laur?
    – Nie. Cymon.
    – Wolę łuskać.

    A oto inne frykasy z książek dzieciństwa. Łapy niedźwiedzia grizzly (wiadomo skąd), jajecznica na kiełbasie („Pan Samochodzik i niesamowity dwór”), zupa filozofów („Piraci z Wysp Śpiewających”) i specjalność zakładu – sznycel ze Smosarskiego („Znaczy Kapitan”).

    A w ogóle to uwielbiam czytać przy jedzeniu i jeść przy czytaniu.

  11. Noo, czasy spożywcze się zmieniły mocno, to fakt (o którym często zapominam:))

    Pamiętam, jak ze 20 lat temu (teraz mam ich 30) z całkowitym niedowierzaniem, jak zgoła baśń z mchu i paproci, czytałam w Płomyczku o „wyspie Kubie, która jest jak wulkan gorąca”, a „BANANY są tam na każdym straganie, jak u nas ziemniaki”..

    Czytałam, czytałam i zupełnie mi się to w głowie nie mieściło ;)))

  12. Czytająca jestem od dawna, z pasją i niemal wszystko, gotująca zaś wyłącznie o tyle o ile i poniekąd, mimo upływu lat, mimo rozmaitych życiowych musów ani trochę nie czekoladowych i mimo nabycia, niejako mimochodem, umiejętności, które nawet da się nazwać kulinarnymi.
    Dzisiaj padło na Pani blog, a ściślej – najnowszy jego odcinek.
    I po lekturze uwagę mam taką, niezupełnie może merytoryczną,: do bawienia się i eksperymentowania chęć i ciekawość przydają się o wiele bardziej niż obfitość składników. Nawet jeśli eksperymenty mają odbywać się w kuchni, ani Marx & Spencer nie są do tego potrzebni, ani Nigella L., ani przepisy na muffinki czy panny cotty.
    O różnych dziwnych potrawach i ingrediencjach. co to ani przeciętne oko ich nie widziało, ani ucho zwykłego zjadacza chleba o nich nie słyszało, pisali zresztą w czasach mojego dzieciństwa i wczesnej młodości Anna Czerni, Maciej Halbański, Maria Lemnis, Henryk Vitry i inni, niestrudzenie orząc na ugorze i mając zapewne bolesną świadomość, że niezależnie od tego, co napiszą, większość czytelników i tak zrobi na obiad rosół albo pomidorową, pierogi, naleśniki albo makaron (jeszcze nie pastę!) ze śmietaną i z serem. Wspominam ich teraz i dziękuję za przeżycia, których dostarczała mi lektura ich książek, pożółkłych dzisiaj doszczętnie, bo wydawanych na fatalnym papierze i nawet bez zdjęć (a co dopiero kolorowych!).
    Świat barwny i bogaty – paradoksalnie taki właśnie mimo całej swojej przaśności, siermiężności i tego rowu, w którym płynęła brudna rzeka nazywanego Wisłą – istniał na długo przedtem, zanim w swoim dodatku kulinarnym zaczęła go objaśniać ,,Gazeta…”.
    I smakował wcale nieźle, nawet jeśli nie tym serkiem, o którym bywałe i bywające za granicą pokolenie 30+ wie, że jest pyszny, ale, niestety, występuje wyłącznie na Cyprze.
    Zagraniczną zaś gumę do żucia – w każdym razie gumę Donald – kupowało się w PRL, jeśli tylko rodzice dali pieniądze, w każdej budce warzywnej za złotych chyba 5, w każdym razie bez najmniejszych trudności. Była różowa, ani trochę nie mroczna. Tak nie określiłabym nawet szarej anyżkowej, do kupienia podczas wakacji w Trójmieście od marynarzy.