Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Oczytany - Blog Justyny Sobolewskiej Oczytany - Blog Justyny Sobolewskiej Oczytany - Blog Justyny Sobolewskiej

24.07.2011
niedziela

Pochwała niedoskonałości

24 lipca 2011, niedziela,

Okazuje się, że całkiem sporo mamy w Polsce wspaniałej literatury dziecięco – młodzieżowej. Takiej jak choćby „Synteza” Macieja Wojtyszki z 1978 roku, która rozgrywa się w 2059. Kiedy czytałam ją w 1985 ( prezent na gwiazdkę) nie przypuszczałam, że wrócę do niej już w nowym wieku – bliżej przyszłości, którą opisuje Wojtyszko. W 2059 rok świat jest skomputeryzowany i podłączony do sieci, kupuje się wszystko dzięki płytkom kredytowym , ogląda się holowizję, dzwoni videotelefonami i nosi się jednorazowe wdzianka. I co najważniejsze żyje się bardzo długo. Zamiast oddzielnych państw  istnieje wspólnie zarządzana federacja demokratyczna.

W tym świecie pojawiają się przybysze z przeszłości, z lat 70- tych  XX wieku, kiedy to zamrożono ich licząc na postęp nauki. W ten sposób, w  domu nastolatków Eli i Piotrusia pojawia się chłopiec Marek, prosto z roku 1976, zapalony piłkarz, który spotyka swoich dawnych kolegów z boiska – teraz mających ponad 90 lat. Rozmrażają też  straszliwego dyktatora Muantę Portale y Grazia, żeby go poddać reedukacji.  Ale,  jak można było się spodziewać, tyran nie zmienił się leżąc w lodówce i zamierza  zrobić wszystko, by podporządkować sobie ludzkość, zamienić ludzi w roboty za pomocą tajemniczej broni. Na rysunku Maćka Muanta razem z robotem wpływa do podwodnej groty, w której przetrwały głowice gotowe do wystrzału.

Wojtyszko nie napisał jednak po prostu powieści SF dla dzieci, nie chodzi o nowinki techniczne i fabułę pełną atrakcji. Nie, „Synteza” to powieść, która ma formować osobowość, mówi o dobru i złu, wolności i wolnej woli. Ten przekaz etyczny jest bardzo silny ( dziś się tak już tak nie pisze, a szkoda),  a jednocześnie to wszystko jest bardzo zabawne, tak jak scena, w której dzieci biorą Marka za projekcję holowizjyjną.  Ta opowieść o wolności  czytana w latach 80 – tych, w stanie wojennym  (powstał też wtedy film, ale w ogóle go nie pamiętam) musiała brzmieć bardzo mocno.  Jak z piosenki  Kaczmarskiego. Zresztą przeciwnikiem dyktatora Muanty był  bard Raul, który potrafił wzbudzić bunt śpiewając pieśni o wolności.

Maciek był bardzo zdenerwowany, kiedy Rada Narodów zdecydowała się rozmrozić tyrana. – Ale oni są niemądrzy, jeszcze coś zrobi złego – przewidywał. Rzeczywiście ludzkość przyszłości wydaje się bezradna wobec zła, ale  i to zło nie jest, na szczęście,  wszechmocne. Do Muanty dociera w końcu, że rządzenie robotami nie jest przyjemne, że człowiek musi mieć swoją wolę. U Wojtyszki pułapką jest też doskonałość. Ten  wątek bardzo Maćka – perfekcjonistę poruszył. Otóż ludzkość z przyszłości miała pomysł, żeby stać się idealna. Wystarczyło jedno pokolenie takich ludzi (genetycznie udoskonalonych), żeby szybko wycofano się z tego eksperymentu, bo ludzie doskonali byli … nieludzcy. – Każdy z nas jest trochę wybrakowany, każdy popełnia błędy, których potem żałuje. Ale możne się starać być lepszym. Dobrze, że nie jesteśmy ideałami – mówiłam Maćkowi, kiedy szliśmy w deszczu do domu. W ogóle już dawno nie prowadziliśmy takich poważnych rozmów, jak podczas czytania „Syntezy”. A na koniec przeprowadziliśmy ” syntezę” osobowości, czyli wydawaliśmy sobie nawzajem sprzeczne rozkazy:  zgaś, zapal, wejdź, wyjdź. No i okazało się, że  z naszą wolną wolą jest wszystko w porządku.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 9

Dodaj komentarz »
  1. Przypadkiem trafiłem na tę strone i przeczytałem ten tekst. Nie muszę chyba pisać ile radości mi sprawił!Gorąco pozdrawiam młodego czytelnika-Maćka
    Maciej Wojtyszko

  2. Pozdrawiam Autora artykułu w POLITYCE i Pana Wojtyszko. W czasach, gdy byłem zaprzysięgłym czytelnikiem ŚWIATA MŁODYCH(lata 70-te/80-te), SYNTEZA w odcinkach była w nim publikowana. Byłem zachwycony SYNTEZĄ i myślałem, że powołaniem Pana Wojtyszko jest pisanie SF.
    Mimo totalitaryzmu, szeroko rozumiana KULTURA w PRL kwitła.

    Pozdrawiam

  3. To juz druga ksiazka o ktorej nawet nie slyszalem, nie mowiac o tym ze nie czytalem.
    Marek Nowakowski kojarzy mi sie przede wszystkim z rzeczami typu „Homo Polonicus”, „Benek Kwiaciarz” czy „Swieta” – chyba Maciek moze sobie (na razie) odpuscic.
    Poniewaz moja wnuczka jest zaprzysiegla kociara, bede musial jej Gacka podarowac.
    A „Synteze”? Moze sam przeczytam. Niestety w polskiej sekcji biblioteki w Toronto tej pozycji akurat nie ma.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Gżdacze to moje wspomnienie z dzieciństwa! Mojego, mojej siostry i jej obecnego partnera. Do tego stopnia, że swojej córce, która jest w drodze, chcą dać na imię Malwinka, na cześć ukochanej poety Filandra. O!

  6. O, z tej strony autora nie znałam! Poszukam „Syntezy”.

  7. A my w szkołach dalej tłuczemy tego starożytnego „Pinokia”…

  8. Cos niezupelnie na temat, ale jednak o ksiazkach.
    Wlasnie wrocilem z wakacji ktore spedzilismy (z zona) w Nowej Szkocji i na Wyspie Ksiecia Edwarda.
    No coz, bedac na wyspie, czyli PEI jak to sie po tutejszemu nazywa, nie moglismy nie zahaczyc o domek na Zielonym Wzgorzu.
    Oryginalnego domu juz nie ma – zostal zburzony pod koniec lat trzydziestych, a zielone wzgorze, czy wlasciwie zielone wzgorza zostaly zamienione na pola golfowe. Przez “oryginalny domek” rozumiem domek jakis kuzynow L. M. Montgomery ktory byl pierwowzorem do powiesciowego domku (nie chcialo mi sie dokladnie przesledzic rodzinnych powiazan miedzy MacNeillami (jak widac nie tylko Nowa Szkocja byla zaludniona przez Szkotow) i L. M. Montgomery). Ow domek, ktory juz w latach trzydziestych stal sie obiektem pielgrzymek entuzjastow powiesci zostal rozbudowany i zamieniony na cos w rodzaju hoteliku dla turystow. Ostatecznie czesc terenu zostala jednak golfistom odebrana i tam zrekonstruowano (najpewniej skadzis przeniesiono) dom Ani. Wyposazenie pozbierona gdzie sie dalo; jest nawet slawetna sukienka z bufiastymi rekawami. Zona natychmiast nabyla (z mysla o wnuczce) egzemplarz “Ani” z zielonym stempelkiem, zaswiadczajacym ze byl kupiony w najwlasciwszym miejscu na swiecie – moze nawet wszechswiecie.
    Przeczytalem – z duza przyjemnoscia – jeszcze raz. To co mnie uderzylo to, ze po obejrzeniu wyspy wydaje mi sie ze w ksiazce w zadziwiajacy sposob brak pewnych nazwijmy to okolicznosciowych szczegolow.
    Po pierwsze wlasciwie nie ma zadnych odnosnikow ze to wyspa. Cavendish bedacy pierwowzorem Avonlea lezy nad morzem. Wiekszosc rolnikow w owych czasach miala lodke i uzupelniala pozywienie rybami, ktorych wtedy bylo pelno. Poza tym pikniki, wycieczki zawsze byly gdzies w glebi ladu – nigdy na plazy. W muzeum L. M. Montgomery jest sporo zdjec z palzy – to nie to, ze nigdy na niej sie nie bywalo. Wyspa jest mala (w najwezszym miejscu ma piec kilometrow szerokosci), a jakos w ksiazce tego sie nie odczuwa.
    Po drugie kolor ziemi. Dzieki sporej ilosci tlenkow zelaza gleba jest ogniscie czerwona. Niesamowity koloryt – szczegolnie nad morzem – czerwona plaza, niebieskie niebo i zielone wydmy. Nigdzie w ksiazce nie ma o tym wzmianki.
    Po trzecie obecnosc, czy raczej zupelna nieobecnosc Francuzow w powiesci. Czesc wyspy w ktorej znajdowala sie Avonlea znajdowala sie blisko francuskiej czesci , czyli Akadii.
    W powiesci nie ma ani jednej osoby francuskiego pochodzenia. Sama L. M. Montgomery uczyla w miescinie polozonej we francuskiej czesci wyspy (do dzis przed wieloma domami powiewa francuska flaga z zolta gwiazda).

    PS Rozmawialismy z synkiem, czyli tatusiem wnuczki. Nie rokuje wielkich szans ze wnuczka zajmie sie ksiazka na serio, nie mowiac o dalszych ciagach (jak jest po polsku sequel?). Moja siostra miala komplet, ale mnie utkwila w glowie tylko Ania z zielonego wzgorza. Z reszty – wyznaje bez bicia – nie pamietam ani zdania – jedynie tytuly.
    I tyle.

  9. PS To a propos jednego z wczesniejszych watkow.
    Mieszkajac przez pare dni w motelach oddawalem sie ulubionemu zajeciu w pokojach hotelowych, czyli skakaniu po kanalach telewizyjnych. W taki to sposob nadzialem sie na kolejna wersje “Podrozy do srodka ziemi”. Tresc, poza tytulem, nie ma nic wspolnego z ksiazka Verne’a. Nawet opis o tym wspomina “It is very loosely based on the novel by Jules Verne” oraz “Victoria Pratt and Peter Fonda’s characters were added from the original story”.
    A tak w ogole ksiazka doczekala sie

    1. Czterech adaptacji filmowych
    2. Siedmiu adaptacji telewizyjnych
    3. Jednej adaptacji teatralnej
    4. Osmiu innych form adaptacji – sluchowisko radiowe, plyta itd.
    5. Dziewieciu odnosnikow w innych dzielach.

    To wszystko po angielsku – adaptacji w innych jezykach Wikipedia, przynajmniej po angielsku, nie wspomina.

    Artykul dodaje tez uwage, ze “The book was inspired by Charles Lyell’s Geological Evidences of the Antiquity of Man of 1863”.

  10. Aha! Jedna z moich ulubionych książek pacholęcych, rozbudziła we mnie miłość do twórczości Macieja Wojtyszki i dodatkowo podsyciła tę do SF. Film, niestety, pamiętam tylko w jedym szczególe, ale za to jak znamiennym. Dyktator nosił biały mundur, miał sumiastego wąsa i palił fajkę. Miałem z jedenaście, dwanaście lat może, a i tak aljuzju poniał.