Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Oczytany - Blog Justyny Sobolewskiej Oczytany - Blog Justyny Sobolewskiej Oczytany - Blog Justyny Sobolewskiej

17.01.2014
piątek

„Obmapywanie” miasta

17 stycznia 2014, piątek,

Tętno pod tynkiem. Warszawa Mirona Białoszewskiego, Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2013

Tętno pod tynkiem zauważyłam dopiero, gdy zamknęłam książkę. Jest ukryte na okładce. Trzeba spojrzeć pod światło, albo je wyczuć pod palcami. To tak jak z Warszawą Mirona – chce się ją sprawdzić samemu, nałożyć  jego mapę na swoje mapy, okazuje się, że on nam nadal Warszawę stwarza, nazywa. Tych map jest wiele, bo mapy przeszłości nakładają się na teraźniejszość.

Z przyjemnością czytałam ten zbiór szkiców o Warszawie Białoszewskiego, o „obmapywaniu” miasta, przygotowany przez Pracownię Studiów Miejskich UW. „W opowiadaniach i wierszach uruchamiana jest sieć znaków przypominająca mapę geologiczną” – piszą we wstępie Agnieszka Karpowicz i Włodzimierz Karol Pessel. Warstwy tej mapy odsyłają do przeszłości miasta, przeszłości zapamiętanej Mirona, przeszłości naszej. „To, co widzimy, odsyła do niewidzianych znaczeń miasta”.  Na przykład biblijne konteksty Siekierek, które wydobywa w odkrywczym szkicu  Agnieszka Karpowicz. Siekierki fascynowały Mirona, widział je w oddali z okna bloku na Lizbońskiej.  Ni to miasto, ni to wieś, ni to step, krzaki, chwasty i łąki.  To miejsce pozostało dzikie, nie zmieniało się w przeciwieństwie do reszty miasta.

Centrum opisane w „Chamowie” dziś wygląda tak samo – wieczna przebudowa. „Skręciłem w Emilii, tam ciekawiej o tej porze między budowanym dworcem a Pałacem, autobusowo, kurewsko i rozkopane. Warszawa ma dużą tradycję tych miejsc rozkopano-kurewskich”. Istotą tego miasta są ciągłe zmiany i, jak pisała Marta Zielińska, trzeba nieustannie je samemu na nowo konstruować w wyobraźni. Białoszewski na wszystko patrzy jakby pierwszy raz, tuż po stworzeniu świata, i nadaje nazwy: blok na Lizbońskiej to „ażurowy futerał”, trzciny w wazonie to „koronkowe brabanckie byliny”. Taka ulica Chłodna nie ma jednaj nazwy, jest dla niego palimpsestem, w którym nakładają się widoki z różnych czasów, z Powstania, z lat tuż powojennych i z lat siedemdziesiątych, kiedy przychodził do Eskich, do nas, na 10. piętro bloku.

Ulica Chłodna, ulica kocich łbów i nieużywanych torów. Ulica kościoła św. Andrzeja z figurami świętych na zewnątrz. Ulica – most między dwoma światami: nowym i starym. Kiedyś kluczowa arteria, a po wojnie zaułek czasu. U Białoszewskiego, jak pisze ciekawie Igor Piotrowski, ta ulica jest palimpsestem niemożliwym, poligonem pamięci, bo nie można wywołać obrazów z przeszłości, nie ma nic z tego, co się pamięta, nic się nie zgadza i za każdym razem trzeba szukać nowego języka. Tutaj odbywa się poszukiwanie utraconej Troi i Jerozolimy.

Dla mnie ulica Chłodna to rajska kraina, w której rosły rajskie jabłuszka (prawdziwe, na skwerku przed blokami). To miejsce, gdzie spotykała się jasność z ciemnością, przyjazne, znane bloki i niepokojące kamienice na Żelaznej. Do świadomości dziecka sporo przenikało z przeszłości, z pamięci getta. Stare kamienice i ceglane mury z zarysem dawnych mieszkań były scenerią dla snów. Ulica Chłodna była ulicą pierwszą, matrycą dla wszystkich innych ulic. I potem już żadna nie mogła jej dorównać.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop