Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Oczytany - Blog Justyny Sobolewskiej Oczytany - Blog Justyny Sobolewskiej Oczytany - Blog Justyny Sobolewskiej

1.02.2014
sobota

Książka = antytowar?

1 lutego 2014, sobota,

W Dwutygodniku bardzo ciekawy tekst „Rynkowy wygwizdów” Katarzyny Tubylewicz (tłumaczki, pisarki, do niedawna szefowej Instytutu Polskiego w Sztokholmie) o zapaści czytelnictwa i tym, dlaczego w Polsce książka jest antytowarem.

„Polski problem polega też na tym, iż w którymś momencie wszyscy uwierzyli, że książka jest na rynku wspomnianym ANTYTOWAREM, że to taki nieudaczny i przestarzały produkt specjalnej troski, którego nikt już nie chce mieć, a ponieważ kraj nasz znajduje się we wczesnej fazie kapitalizmu i wszystko, co nie przynosi zysku, traktowane jest u nas ujmując rzecz wprost, z buta, Polacy przestali traktować literaturę jako rzecz wartą jakiegokolwiek zainteresowania. Być może lekarstwem na fatalny stan czytelnictwa jest zatem także ponowne uwierzenie w to, że literaturę można i trzeba promować i że dobrze promowana zacznie się też sprzedawać”. (To osobny temat, ale promocja przybiera czasem formy groteskowe: czy zakrwawiona piłeczka tenisowa przesłana przez wydawnictwo zachęci do czytania książki? Groteskowo też brzmią często promocyjne noty o książkach, donoszące, że każda książka autora X to arcydzieło, a on jest ni mniej ni więcej tylko polskim Littellem i Houellebecqiem zarazem :)).

Tubylewicz pokazuje, jak jest w Szwecji, gdzie na spotkania literackie (płatne!) przychodzi po kilkaset osób i gdzie premiery literackie są wydarzeniami medialnymi. Prasa szwedzka, podobnie jak niemiecka, może nas zawstydzić  wielkimi płachtami recenzji książkowych i esejów o literaturze. A u nas? Wiemy, jak jest. Wydarzeniem są książki „pisarzy – celebrytów”, czyli trenerek fitness, aktorów serialowych, byłych żon, i książki – donosy. Książka nie doda prestiżu politykowi w telewizji, więc żaden się z nią nie pokazuje. Tubylewicz zadaje pytanie: skąd u nas taka zapaść czytelnictwa i spadek prestiżu literatury?

Przeżyliśmy fiestę literacką i kulturalną w latach 90., kiedy to książka laureata Nagrody NIKE sprzedawała się czasem w 100 tys. egzemplarzy, kiedy w obszernych dodatkach kulturalnych toczyły się zaciekłe dyskusje o literaturze, i nie wypadało nie znać nowej książki X czy Y. Potem przyszedł kryzys i dodatki literackie znikły, kultura nie generowała pieniędzy z reklam, redakcje pism się pozamykały, a w istniejących recenzje książkowe robiły się coraz krótsze i wędrowały na mniej ważne pozycje bliżej końca numeru. Kultura zaczęła być w mediach rozumiana tylko jako rozrywka. Wydawnictwa też zaczęły oszczędzać na promocji książek, spotkania literackie niektórzy wydawcy uważają za niepotrzebną fanaberię autora. A w dodatku książki zaczynają być towarem luksusowym – trudno je kupić, w Empiku nie znajdziemy książek z mniejszych wydawnictw, a małe księgarnie masowo się zamykają. Tak, brakuje mi snobizmu na literaturę kreowanego przez media. Komuś jeszcze wstyd, że czegoś nie czytał? Brakuje mi też tak dobrych kampanii czytelnictwa jak  „20 min dziennie. Codziennie” – hasło kampanii „Cała Polska czyta dzieciom”.

Z drugiej strony, kiedy wsiadam do tramwaju to zawsze widzę wielu ludzi czytających książki (często w bibliotecznych okładkach), inni mają czytniki i tablety. Mam też wrażenie, że internet dał możliwość tworzenia poza tradycyjnymi mediami miejsc, w których pojawiają się istotne dyskusje o literaturze i solidna krytyka literacka – choćby wspomniany dwutygodnik.com. Instytut Książki podkreśla, że powstaje coraz więcej Dyskusyjnych Klubów Książki, że rozwija się program wspierania bibliotek. I dobrze, bo to ważne. Co roku minister przeznacza coraz więcej pieniędzy na te cele. Tylko kiedy będzie widać wymierne efekty? Już naprawdę nie można tłumaczyć wszystkiego kryzysem gospodarczym i II wojną światową, no proszę.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 24

Dodaj komentarz »
  1. Pani Justyno, bardzo ciekawy Pani głos. To, co poruszyła Kasia Tubylewicz, co Pani rozwinęła w swoim tekście to zaledwie, niestety, wierzchołek góry lodowej i chyba trzeba rzeczywiście głośniej domagać się jakiejś naprawy rynku książek. Ma Pani rację pisząc, że dla wydawców spotkania autorskie są często fanaberią autora. A to przecież (zapewne) świadome pozbywanie się stymulowania rynku książki. Przecież spotkanie organizuje się dla czytelników. Wychodzą z domu, żeby spotkać autora i dowiedzieć się czegoś o książce. Więc są aktywnym odbiorcą tej bezpośredniej formy reklamowania książki. Mam poczucie, że im więcej spotkań tym większy ich wpływ na nawyk czytania. Na całym świecie chodzi się na spotkania, nawet często kupuje się bilety, bo to jest jakiś obyczaj, być może czasem rodzaj mody. Tylko dział promocji musiałby umieć zawalczyć o frekwencję, czyli włożyć w to jakiś minimalny wysiłek. Poza tym w tym braku organizowania spotkań przejawia się coraz częstsza oznaka lekceważenia autora przez wydawcę, co może też wynikać z coraz mniejszego inwestowania w autorów, a jak się nie ponosi kosztów, to i powód, żeby odzyskać wkład jest żaden. Promocja książki powinna być jakimś obowiązkiem wydawcy. To rodzaj wizytówki, prezentacji, wreszcie uhonorowania książki – słyszałem, że w Czechach jest nawet opijanie książki szampanem, taki chrzest książki. To nie jest głupie. Autor napracował się za grosze (jeżeli zaliczkę oblicza się na poziomie procentów od sprzedanych 2 tysięcy egz.), wydawca raczej i tak nie straci (niech mi nikt nie mówi, że wydawcy są pracownikami PCK), powinien umieć inwestować w autora i książkę, pokazać, że się z nią identyfikuje, przedstawić ją, słowem docenić. Dalsza sprawa to brak wznowień. Który autor ma swoje wcześniejsze książki w księgarniach? Rynek się poszerza, książka jest produktem, księgarnia trzyma książkę trzy miesiące i ją wydawcy zwraca. I już tyle trwała praca wydawcy, a powinna trwać dłużej, promocja i sprzedaż powinny działać do wyczerpania nakładu. Zawsze oczywiście najłatwiej jest książkę sprzedać sieciom taniej książki. Po kłopocie. Tyle że autor nic już nie zarobi, obliczając procent od 2 złotych ceny obniżonej. Wszystko to jest w Polsce postawione do góry nogami. Z Anią Dziewit, Kasią Tubylewicz, Grażyną Plebanek i Joanną Laprus-Mikulską próbujemy trochę głośniej mówić i o autorach i o wydawcach i o rynku książki. Wszystkie głosy z naszej debaty o literaturze można znaleźć na mojej stronie, w linkach, w kategorii „debata o literaturze”. Pozwalam sobie zalinkować i ten Pani, ważny głos. Pozdrowienia.

  2. Zgadzam się. Jeszcze sporo nas pracy czeka, ale wierzę, że kiedyś się sytuacja zmieni. Na korzyść.

  3. Niełatwe życie ma czytelnik; nowych autorów przybywa, a zapowiedzi przeważnie na jedno kopyto – przepisane z wydań zagranicznych wychwalające autora i książkę.
    Nie daj bóg, kierować się gustami czytelników – czasami coś mnie podkusi i kupię coś, co ma wysokie notowania wśród czytelników – katastrofa. /Wystarczy spojrzeć na listy bestsellerów/.
    Pisarze tacy jak Updike, Golding, Eco, czy Grass nie piszą nowych książek, a młodsi zachwalani jako wspaniali – z pewnymi wyjątkami – niestety nie docierają do starszego wyrobionego czytelnika – to są rzeczy dla pokolenia będącego za pan brat z gadżetami i internetem. Co zresztą jest zrozumiałe, ale trochę szkoda.
    Np. wolę bajkę Rushdiego, od powieści Shteyngart’a.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. PS. Dlaczego nie ma u nas wydawnictwa typu „Pocket book”?
    Jak się widzi te olbrzymie, w twardych okładkach drogie jak diabli tomiska, to nie dziwota, że ludzie książek nie kupują. To co zalega na pułkach w księgarniach, to „ozdoby” dla dorobkiewiczów, a nie książki do czytania.

  6. Z zainteresowaniem przeczytałem Pani tekst jednak wydaje mi się, że w zakresie czytelnictwa coś się zmienia. Nie mam co do tego danych statystycznych jednak codzienna obserwacja nakazuje mi sądzić, że choć jest źle widać światełko w tunelu. Od trzech lat jestem urzędnikiem samorządowym, od pięciu wykładowcą w szkole wyższej w zachodniej Polsce. W gminie w której obecnie pracuję dzięki ministerialnemu programowi Biblioteka Plus wykonaliśmy kompleksowy remont biblioteki, podobnie czynią sąsiednie gminy (Międzyrzecz, Przytoczna). Ktoś powie – poprawa infrastruktury nie znaczy jeszcze, że wzrośnie czytelnictwo. To prawda. Jednak atrakcyjna i wygodna biblioteka zaopatrzona w atrakcyjny program rozwojowy, który nie obejmuje wyłącznie udostępniania książek zachęca do odwiedzenia i uczestnictwa. Co więcej programy ministerialne zostały tak pomyślane by wymusić ową dodatkową aktywność bibliotek. Kultura była i jest postrzegana przez władze lokalne jako „piąte koło u woza” ale i to się zmienia. Coraz częściej dostrzegane są korzyści jakie płyną z atrakcyjnej oferty kulturalnej nawet w najmniejszych miejscowościach. Biblioteki jako instytucje były od lat 70tych niedoinwestowane. To się zmienia. Podam kilka przykładów. Mi najbliższy: Skwierzyna (10 tys. mieszkańców), Słubice (17 tys. piękny obiekt Uniwersytetu Adama Mickiewicza i odnowiony budynek biblioteki miejskiej), Kargowa (3 tys. mieszkańców i nowoczesna mediateka) i Wschowa (15 tys. mieszkańców). Wszystkie te obiekty łączy zmiana – potężna możliwa dzięki funduszom.
    Proszę zresztą zobaczyć przykład Wschowy i rewitalizacji XVIII-wiecznego kolegium jezuickiego m.in. na bibliotekę: http://www.biblioteka.wschowa.com.pl/index.php/gal/biblioteka.html
    Leszno planuje rozbudowę swojej biblioteki (bez modernizacji od lat 80tych).
    Co do czytelnictwa. Mówi się w Polsce, że naród nie czyta. Sądzę, że sytuacja nie jest tak dramatyczna jak wynikałoby z badań. Uważam, że w dużej mierze niedoceniana jest rola audiobooków oraz wykorzystania czytników, które podobnie z obserwacji często widzę w tramwajach czy autobusach. Ludzie czytają tylko inaczej. Ba, coraz częściej słuchają – czy zmiana formy przekazu jest zła? Ostatecznie mogą zapoznać się z literaturą, a może tak jest im łatwiej? Doskonałą moim zdaniem inicjatywą jest np. strona wolnelektury.pl prowadzona przez Fundację Nowoczesna Polska, gdzie w przystępnej formie plików pdf lub audiobooków można zapoznać się z coraz liczniejszą grupą klasyki literatury.

    Jako osoba zaangażowana w lokalną społeczność mogę stwierdzić jedno. Daleko nam do sytuacji znanej np. ze szwedzkich miasteczek, w których biblioteka jest drugim (lub pierwszym) obok ratusza obiektem lokalnej społeczności. Zmienia się jednak. Programy rządu są dobrze pomyślane, choć może przydałoby się na nie nieco więcej środków (np. na program Kultura – Interwencje, który dofinansowuje lokalne wydarzenia kulturalne).
    Czytelnictwo to dzisiaj nie tylko książki i czasopisma. Jest dostęp do publikacji wymykających się statystykom. Uważam, że warto popracować nad dokładnością badań i tworzeniem warunków do powszechnego i bezpłatnego dostępu do dzieł literatury (poprzez np. domenę publiczną), zmienić podejście do czytelnictwa z kategorii „obowiązku” do „prawa” (szczególnie w edukacji), uelastycznić listę lektur. To da wymierną poprawę. Pozdrawiam!

  7. W Polsce kryzys się jeszcze nie zaczął. Kryzys to będzie w latach 20tych. I wtedy nie będziemy pracować, więc sobie poczytamy.

  8. A ja mysle ze to feminizacja zawodow zwiazanych z „kulturom”. Na przyklad na poruszony we wpisie temat powinni wypowiadac sie doswiadczeni marketingowcy, a nie „kury kultury”, co to poszly na studia „chumanistyczne” bo chcialy dobrze wyjsc za maz.

  9. @Mariusz – Bardzo dziękuję za ten głos i kilka konkretów. Wspaniale , że sytuacja bibliotek się zmienia, bo przecież dzisiaj pełnią one funkcje nie tylko bibliotek, ale i domów kultury. I cieszę się, że może nie jest tak źle – mnie też zawsze widok czytającego tramwaju podnosi na duchu 🙂

  10. @sugaddy – nawet była próba wprowadzenia na rynek „pocket booków”, ale w Polsce się nie przyjęły, ciekawe dlaczego.

  11. Pani Justyno

    A w mojej bibliotece tłok. Trzeba się zapisywać na nowości i szczególnie pożądane tytuły.
    Biblioteka wyremontowana kilka lat temu, piękne przestrzenne pomieszczenia, katalogi zinformatyzowane, dziewczyny kompetentne. Księgozbiór bogaty. Europa! Jak we Francji, Hiszpanii czy w Niemczech.
    Sama przyjemność korzystać ze zbiorów.

    Pozdrawiam

  12. prawda jest bardziej prozaiczna.
    Dla Styropianu i Episkopatu, którzy rządzą od 25 lat, czytający ludzie i wiedzący trochę więcej niż przeciętny Kowalski są niebezpieczni. Bo nie będą się tak łatwo dawać okradać i gnoić. Co jest norma III RP

  13. Ciągle podczytuję o zapaści w czytelnictwie, a tymczasem nie znam nikogo kto by hurtem książek nie pożerał (chyba bywam w złym towarzystwie?). Wokół mnie sprzysięgli się sami znajomi, którzy maja po parę kart bibliotecznych i wszystkie nasze rozmowy tez prędzej czy później schodzą na książki. Co prawda nie tykamy celebryckich książek i przez to statystyki obniżamy, ale nie czujemy się przez to winni.
    Pozdrawiam

  14. W jednej z krakowskich czytelni czasopism można pożyczyć Playboya. Nie można dla przykładu „Książek. Magazynu do czytania”, bo na ich zakup już nie ma pieniędzy. Pytam o co chodzi?

    Mieszkałam ponad rok w Szwecji i rzeczywiście stamtąd wyjeżdża się ze snobizmem na literaturę. To, co jest zaskakująco to ceny książek w Szwecji. Tam się je wydaje w kilku kategoriach cenowych. Można przebierać w droższych = ładniejszych, bardziej eleganckich wydaniach i w tanich kieszonkowych. Wróciłam z klasyką literatury szwedzkiej i z nowościami kupowanymi za kilka złotych. W Polsce muszę się zastanowić, bo często nie mam wyboru tylko wydanie w twardej okładce za ok. 40 – 50 złotych.

    Co do budowy, remontu bibliotek. Jasne, że przyjemniej jest spędzić czas w jasnej, ciepłej czytelni. Problem pojawia się, gdy w niej nie ma książek. Nie pociesza mnie fakt, że gdzieś ludzie ustawiają się w kolejce po nowości, bo to oznacza, że zwyczajnie w świecie biblioteka nie potrafi sprostać zapotrzebowaniu na książki.

  15. Nie ma zadnej zapasci czytelniczej. Ludzie nigdy nie czytali wiecej niz obecnie. Kiedy ja jade pociagiem to widze, ze wszyscy czytaja. W obiegu sa gazety, komputery, ksiazki, komorki i Bog wie co jeszcze. Nikt nie rozmawia(chyba, ze przez komorke), bo wszyscy wlasnie czytaja, sluchaja i ogladaja jednoczesnie.
    Ksiazka w rozumieniu XX-wiecznym traci swoje znaczenie na rzecz innych mediow, a takze na rzecz innej jej formy(jakiej ?, to wlasnie maja odkryc pisarze) i tego nie da sie odwrocic.

  16. Nie chciałbym kwestionować optymistycznych wypowiedzi dotyczących czytelnictwa wśród Polaków, jednak moje obserwacje prowadzą raczej do pesymistycznych wniosków. Pracuję w państwowej instytucji kultury, wśród osób z wyższym wykształceniem, jednak nie mam z kim rozmawiać o książkach … bo obecni 30- i 40-latkowie nie czytają. Jeden na pięciu słucha co prawda audiobooków, ale albo dlatego, że nie ma ciekawszych zajęć jadąc samochodem do pracy, albo słucha razem z dzieckiem … bajek.

    Ci ludzie nie czytają nawet dłuższych artykułów w prasie branżowej lub tygodnikach opinii, o fachowej literaturze lub wydawnictwach obcojęzycznych nie wspominając. Taki stan rzeczy prowadzi do spłycenia intelektualnego, co z przykrością na co dzień obserwuję. W tym środowisku uchodzę za osobę dużo czytającą (raptem ok. 15-20 książek w roku) i z tego względu jestem traktowany jak jakiś dziwoląg albo skamielina. Codzienny kontakt ze słowem drukowanym, tak oczywisty dla pokolenia moich rodziców i moich rówieśników, jest obecnie postrzegany jako dziwne hobby albo przypadłość.

    Ludzie zaczytani, których codziennie widzę w środkach komunikacji, to ta zanikająca, naskórkowa mniejszość. Statystyki czytelnictwa niestety potwierdzają tą przykrą prawdę.

  17. „Taki stan rzeczy prowadzi do spłycenia intelektualnego, co z przykrością na co dzień obserwuję”

    Neistety, jak idzie o literature fachowa, profesjonalna, naukowa I popularnonaukowa, sytyacja jest TRAGICZNA. Nikt tego nei spzredaje. Nikt tego nei drukuje. Jeszcze pare lat temu w Empiku na Marszalkowskiej byl spory dzial Nauka. Pare metrow polek. Dzis jest jedna polka. Zapytalem managera, dlaczego. „Nikt tego nie kupuje” brzmiala odpowiedz.”O. ale tu jest ezoteryka, to tez nauka, prawda?” powiedzial z nadzieja I optymizmem. Mniej optymistyczny byl student parcuajcy w obsludze, ktory zaopatzrenie w ksziaki naukowe opatzryl jednym slowem ne inadaajcym sie do druku. I slusznei zauwazyj, ze jak ksiazek nei ma to nikt nei kupuje

    Ksuagarna Im. Boleslawa Prusa, „naukowa”, naprzeciwko Uniwersytetu. Matematyki I fizyki – ani sladu. Pokazuja mi polke dlugosci pol metra na ktorej jest ksaizka „jak liczyc w pamieci” oarz „jak obliczac procenty”. Za to na pzreciwleglej scianie – od sufitu do podlogi, od horyzontu po horypont – olbrzymi dzial z napisam RELIGIA.

    Ksiegarnia MDM, neigdys niezle zaopatrzona w ksiazki naukowe (w piwnicy) juz nei istnieje. Wzorcowki PWN w Palacu Kultury nei ma od lat. W Glownej Ksiegarni Technicznej na Swietokrzyskiej mozna glownei kupic poradniki interpretacji snow I bogato ilustrowana Kama Sutre. Oarz ksiazki kucharskie.

    I tak powoli spoleczenstwo glupieje. Jak mlodziez ma sie zainteresowac na przyklad astronomia, jak w calej Warszawie, we wszystkich ksiegarniach nie uswiadczys popularnej ksiazki o astronomii? Zreszta, coraz trudniej o ksiegarnie… Po ostatniej fali zamkneic niewiele pozostalo

    Komuna nei dala rady oglupic Polakow, Nowej Wladzy udalo sie to w ciagu jednej nocy. Nie przerywajac snu

  18. No, ale powiedzcie kochani czytelnicy książek, do czego właściwie ta książka jest nam potrzebna ? Czy w zabawie w literaturę nie chodzi przede wszystkim o wykuwanie własnego pomnika ? Życie jest nie do życia, to wiadomo. Nie ma sensu, chyba, mamić się i zagłębiać w wyobrażone światy. Nie to, żebym nie doceniał wartości tego co piszą Różewicz, Kertesz i kilku innych, których cenię. Ale kurde, przecież świat i tak idzie innym torem. To tak jakby powiedzieć, że politycy mają na cokolwiek jeszcze jakikolwiek wpływ. Piękne prawdy humanistyczne niestety nigdy nie zostaną wcielone w życie. Rzeźnie jak są, tak będą. A i wielkie żarcie społeczeństw konsumpcyjnych trwać będzie i będzie. To tak jak Darek Czaja pisze teraz ładne książki po napisaniu Lekcji Ciemności. Ale Darek wie, że przecież to wszystko o kant de. Zachwyty to w życiu prywatnym, a tak żeby coś przekazać w tekście to nie tego. Zgoda ?

  19. Anna Dutka

    I tak, w obliczu problemów finasowych państwa i samorządów, jest z bibliotekami nieźle. W każdym razie z moją.
    Co zrozumiałe biblioteki muszą zaspokajać gusta rozmaitych czytelników. Stąd sporo literatury lżejszej, bo na nią jest większe zapotrzebowanie.
    No ale trudniejsza też jest. W mojej bibliotece przyjęto zasadę, że tego typu książki są kupowane najczęśćiej z tzw „Funduszu Czytelniczego” czyli z naszych dobrowolnych datków. Te ksiązki są oznaczone stosownym stemplem.
    Biorąc pod uwagę trudności finansowe godzę się z tym, że czasem muszę tydzień czy dwa poczekać na jakiś tytuł. Tym bardziej, że dostaję zawiadomienia drogą drogą elektroniczną. Karty biblioteczne mi zresztą pozwalają tą droga sprawdzać tytuły, wybierać i skladać zamówienia.

    Pozdrawiam

  20. Z obserwowaną poprawą czytelnictwa jest trochę jak z wzrostem średniej płacy w Polsce – niby rośnie, ale w rzeczywistości mało kto to odczuwa. Dzięki dostępności książek wiele osób „czytających” czyta coraz więcej, natomiast ci, którzy nie czytali nigdy – nadal nie czytają. Jako pracownik biblioteki szkolnej codziennie obserwuję, że kapitał kulturowy jest dziedziczny, a przełamać taką pokoleniową sztafetę jest bardzo trudno.

  21. Drodzy Państwo, dziękuję za ciekawe głosy. W gazecie tekst o tym jak promuje się czytelnictwo na świecie: http://wyborcza.pl/1,75248,15405981,Polak_kupuje_srednio_poltorej_ksiazki_rocznie__Czech.html
    A u nas min. Zdrojewski ogłosił Narodowy Program Rozwoju Czytelnictwa; w latach 2014-20 pójdzie na jego realizację (m.in. modernizację bibliotek, szkolenia dla bibliotekarzy, pozyskiwanie praw autorskich) budżet w wysokości miliarda złotych. Zobaczymy, jak to będzie wyglądać 🙂

  22. Panie Adamie 222 – uściślijmy: czytający, ale co? Literatura faktu i naukowa, nawet jeżeli pop-, to owszem. Natomiast od beletrystyki nikt nigdy nie zmądrzał, a wielu zdurniało. Dotyczy to i czytających i twórców.

  23. Widzę, że w pięty poszło…
    No cóż, nie po raz pierwszy ocenzurowane informacje/komentarze okazują się prawdziwsze od tych publikowanych. Deja vecu.

  24. Piotr pisze:
    „Codzienny kontakt ze słowem drukowanym, tak oczywisty dla pokolenia moich rodziców i moich rówieśników, jest obecnie postrzegany jako dziwne hobby albo przypadłość.”

    Niestety, coś w tym jest.
    A co do nieczytania 30 i 40 latków, to nie dziwię się. Oni nie mają czasu. Sama należę do tego pokolenie i kiedy obserwuję zachrzan dziewczyn w mojej pracy, które to dziewczyny 8, 9, 10 godzin dziennie robią dość żmudne rzeczy biurowe… To ja się nie dziwię, że potem nie chce im się nic czytać. Albo jeśli już, to łatwą, lekką powieść dla kobiet, napisaną prostym językiem i z miłością na planie pierwszym. Bo na nic innego nie ma już sił. Może to smutne, ale taka prawda. Ja się nie dziwię. I nie dziwię się też, że czasem inni patrzą na mnie jak na ufoludka, kiedy się „przyznam”, że jestem autorką powieści.
    Dziwne hobby, rzeczywiście tak to niektórzy postrzegają.
    W pracy lepiej się do tego hobby nie przyznawać.

  25. W temacie Książka = Antytowar:
    Przychodzą mi do głowy blogi książkowe. Na których ich autorki nic właściwie nie zarabiają. Nie znam tego rynku, jednak wydaje mi się ciekawe, że blogi modowe i kulinarne zarabiają na siebie i to sporo. Dlaczego na blogach książkowych nie można zarobić? Choćby za reklamę herbaty czy kawy? Skoro można zarobić na pokazaniu siebie w ciuchu z daną metką i za pochwały danego kosmetyku? Czyż to nie przykład właśnie tego, że książka to antytowar?
    Płacenie za pozytywne recenzje książek jest oczywiście dyskusyjne, nie o tym tu mówię, byłoby to pewnie nie fair. Jednak inne, „rynkowe” produkty pokazywane na stronach czytelniczych odwiedzanych przez tysiące internautów powinny przynosić bloggerom jakieś pieniężne profity. Linkowanie stron, bannery firm rynkowych… itd.
    To przecież reklama jak każda inna, za podanie nazwy marki publicznie słono się płaci.
    Oczywiście wtedy, jeśli mamy do czynienia z rynkowo sprzedawalnym TOWAREM. 🙂
    pozdrawiam. 🙂
    (blogerów książkowych, autorów, wydawnictwa i koncerny)