Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Oczytany - Blog Justyny Sobolewskiej Oczytany - Blog Justyny Sobolewskiej Oczytany - Blog Justyny Sobolewskiej

15.05.2015
piątek

Polski Murakami, czyli kultura kompleksów

15 maja 2015, piątek,

Gdybym wiedziała, że książkę Donny Tartt „Szczygieł” reklamuje się jako „Harry’ego Pottera dla dorosłych”, to bym po nią nie sięgnęła. No bo po co?

Na szczęście nie zauważyłam, nie odebrało mi to przyjemności czytania. Bo taka reklama sugeruje, że skoro mi się podoba, to jestem zidiociałą i infantylną czytelniczką, która chciałaby czytać w kółko o jakichś magicznych przygodach. Ani to o mnie, ani o tej książce. Krótko mówiąc taka reklama szkodzi, bo zawstydza czytelnika.

A reklamy i etykietki książek to temat szeroki i niewyczerpany. Najczęstsza praktyka to porównywanie polskiego autora do zagranicznych tuzów. „Polskim Littellem” miał być Szczepan Twardoch, ale się nie zgodził na taką reklamę na okładce. Polskich Stephenów Kingów mamy na pęczki, co sezon – to nowy. Kim byłby polski Tomasz Mann? Albo Virginia Woolf? Strach pomyśleć.

Polska „Wojna i Pokój”? Brrrr. Albo polski „Idiota”? Autorzy takich reklamowych porównań nie zdają sobie chyba sprawy, że owszem, czytelnik lubi to, co zna, ale w tych „polskich Dostojewskich” widać przede wszystkim kompleksy. To jak nazwanie Bydgoszczy „Wenecją północy”. Raczej śmiesznie i nie poprawia samopoczucia.

To oczywiście nie jest tylko polska przypadłość, ale wszystkich mniejszych kultur i prowincjonalnych krajów. Mówiła mi kiedyś o tym Dubravka Ugresić: – Potrzebny jest dziś opór wobec standaryzacji w kulturze. Kiedy na przykład w Chorwacji wychodzi powieść o problemie z narkotykami, reklama brzmi: „nareszcie chorwackie Trainspotting!”. Nie ma w tym nic złego, ale powinniśmy raczej wykorzystywać doświadczenia, których inni nie mają, zamiast produkować chorwackiego Murakamiego (nie chcę myśleć, co to by było).

Oprócz polskiego Kafki i Dana Browna jest jeszcze inna forma nobilitującego (w oczach wydawcy) porównania – „nowy, lepszy…”. Jak już była świetna Zadie Smith, to co za problem, żeby była „nowa, lepsza Zadie”? Za chwilę ktoś będzie nową Tokarczuk na przykład. Nie mówiąc o tym, że teraz każda książka jest reklamowana jako arcydzieło. Nowe arcydzieło mistrza… pisze wydawca. Co książka, to arcy, co za urodzaj! Temat jest niewyczerpany i być może wart konkursu na najbardziej kuriozalną reklamę książki.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 4

Dodaj komentarz »
  1. Przykre to, ale prawdziwe; i dotyczy to nie tylko pisarzy.
    Na niwie muzycznej mamy „naszą” taką a taką, czy „naszego”takiego a takiego.
    Ale widocznie lud chce mieć „imposterów” na zasadzie my nie gorsi.

  2. A bo to wszystko z programowego obrzydzania Polski Polakom. Kiedyś nie było takich problemów, nikt nie wpadłby na pomysł podpierania się jakimiś makaronizmami, czy analogiami do zagranicy, Polska była krajem wyjątkowo przez rodaków kochanym, a mowa ojczysta skarbem najdroższym. Dzieci były wychowywane w duchu patriotycznym, szacunku dla własnego kraju oraz języka; wystarczy poczytać wiersze Władysława Bełzy, np.: „Polska Mowa”, czy o dawnych królach, których w szkołach niestety się nie uświadczy. Na szczęście polskie dzieci mają wciąż rodziców pamiętających o swych powinnościach, uczących je na dobry początek Katechizmu Polskiego Dziecka :

    — Kto ty jesteś?
    — Polak mały.
    — Jaki znak twój?
    — Orzeł biały.
    — Gdzie ty mieszkasz?
    — Między swemi.
    — W jakim kraju?
    — W polskiej ziemi.
    — Czem ta ziemia?
    — Mą ojczyzną.
    — Czem zdobyta?
    — Krwią i blizną.
    — Czy ją kochasz?
    — Kocham szczerze.
    — A w co wierzysz?
    — W Polskę wierzę!
    — Coś ty dla niej?
    — Wdzięczne dziécię.
    — Coś jej winien?
    — Oddać życie.

    Jest zatem szansa, że szacunek dla Polski oraz polszczyzny niebawem powróci, a powoływanie się na zagranicę, kiedy mamy tylu wspaniałych pisarzy polskich, będzie zwykłym obciachem. Natomiast rodzice będą dumni ze swoich pociech, jak z tego kajtka, Bartoszka, na YouTube: https://www.youtube.com/watch?v=2PGpllZk4_w

  3. A ja niedawno przeczytalem Ephraim Kishon: Salomonowy wyrok druga instancja(Salomos Urteil zweite Instanz). Co za zdrowe i na wysokim poziomie poczucie humoru … a duch Monty Python fruwa miedzy kartkami :).

    Niestety palestynczycy z Westjordanland literatury Ephraim Kishon nie poznaja bo wlasnie im zabroniono wsiadac do autobusow, ktorymi jezdza Izraelczycy … Adolf wiecznie zywy ?

  4. Prawdziwe to, co pisze p.Sobolewska, ale z drugiej strony trzeba się czymś kierować przy wejściu do księgarni. Może nie tak infantylnie. Informacje na obwolucie mają jednak dla mnie znaczenie przy zakupie książki, szczególnie, że pomiędzy jakąś recenzją a pojawieniem się książki w księgarni upływa często miesiąc i już dawno zapomniałem, co tam było napisane.